Jakoś pod koniec zeszłego tygodnia tknęło mnie, że jeśli ja mam odebrać bagaż w Bangkoku, przejść przez odprawę paszportową, potem znaleźć okienko z liniami chińskimi, wystać się w kolejce, przejść przez odprawę paszportową po raz drugi, potem przez kontrolę rzeczy osobistych i szukać bramki, to nie ma ch... we wsi, żeby mi na to wystarczyło 2 godz. 15 minut. No nie ma takiej opcji, zwłaszcza w Bangkoku, gdzie jest ogromne lotnisko. Napisałam więc do platformy kiwi, gdzie kupowałam bilety, co będzie, jeśli nie zdążę. Grzeczny bot odpowiedział mi, że rozumie moje niepokoje z tym związane, ale nie mają żadnych informacji na temat opóźnienia lotów. I jeśli do takich opóźnień dojdzie, to mam ich o tym niezwłocznie powiadomić, a oni udzielą mi jakichś kredytów, które mogę wykorzystać na przebukowanie biletu lub odszkodowanie za opóźniony lot. No to się zaczęłam zastanawiać. Okej. Załóżmy, że samolot przylatuje planowo, a ja utknę w kolejce do odprawy paszportowej. Czyja to wina? Przewoźnika? No nie. W takiej sytuacji przepada mi bilet na kolejny lot i kolejny. Z Bangkoku do Auckland muszę sobie wykupić kolejny bilet. No super!
Zaczęłam drążyć. Doszłam do wniosku, że ponieważ nie ma szans, żebym zmieściła się w 2 godz 15 min z tym wszystkim, to po prostu nie będę brała wykupionego bagażu rejestrowanego na tym odcinku (później już na luzie mogę). No ale problem w tym, że mam dopuszczone 5 kg bagażu osobistego. Mało.
Napisałam do linii lotniczych Air Arabia i Hainan Airlines. Arabowie odpisali mi, że mogę mieć w sumie 10 kg. Chińczycy, że mogę mieć 10 kg bagażu podręcznego plus osobisty.
Napisałam do kiwi, żeby mi dodali ten bagaż podręczny do 10 kg, bo mi przewoźnicy odpisali, że mogę taki bagaż mieć. No i się zaczęło...
Kiwi w zaparte, że się nie da. Że ze względu na mój plan podróży nie mam dopuszczonego większego bagażu podręcznego niż to 5 kg.
Ja im na to, że przecież linie lotnicze mi się zgodziły, więc w czym problem?
A oni mi, że no tak, może się zgodzili, ale mój ogólny plan podróży nie dopuszcza... itd.
To ja im, że nie chodzi mi o ogólny plan podróży, tylko o ten odcinek.
A ci nadal swoje.
W końcu napisali, że skontaktują się z przewoźnikiem i mi wystawią ofertę (że niby miałabym dokupić ten dodatkowy bagaż, który mi przysługuje jak psu buda).
Po jakimś czasie przychodzi informacja, że USŁUGA JEST NIEDOSTĘPNA.
Piszę znowu do tego durmego bota, że jaka usługa jest niedostępna, jak mi przysługuje 10 kg bagażu kabinowego?!
No i tak sobie odbijaliśmy piłeczkę przez kilka dni w dzień i w nocy. A ja sobie dzielnie ćwiczyłam cierpliwość, żeby nie wypatroszyć bota z kiwi . com.
PO TYGODNIU!!!! kiedy już wystosowałam grubszą amunicję i zaczęłam im grozić, dostałam zgodę na bagaż 7 kg. Nie wiem tylko, że to dodatkowe 7 kg, czy to włącznie z tym 5 kg, które mam. Whatever, lepiej 7 niż 5. To jednak podróż na drugi koniec świata. Absolutnie najdalej jak się da. A ja bez bagażu.
No ale... Nie ma tak źle. Mój tato leci do AU za miesiąc. Leci japońskimi liniami i ma... 50 kg bagażu rejestrowanego plus podręczny. Więcej tego bagażu niż sam waży. W każdym razie może wziąć moje rzeczy - część zostawi w AU, część przywiezie mi do NZ. Razem z siostrą z AU do NZ mogą wziąć dwa bagaże po 20 kg. Ale z powrotem mogą tylko jeden. I tu pojawiam się ja, która już z NZ mogę spokojne wozić te 20 kg, których nie wezmę z Polski.
OŁ MAJ GAD!!!
Dobra, zapomniałam napisać, że nadal nieprzerwanie stosuję post przerywany 8:16. Nie mam problemów, żeby wytrzymać bez jedzenia w dzień. Do 12, 13, czasem 14 bez jedzenia spokojnie sobie wytrzymuję. No, czasem mocniej przyciśnie, ale rzadko. Natomiast mam problem wieczorem. Jeśli z jakichś powodów muszę zawęzić okno: na przykład okno mam od 12 do 20. Ale ostatni posiłek zjadam o 18 (bo na przykład idę do kina, a film się kończy po 20:00), to około 23:00 mam napad głodu. Nie takie normalne ssanie. Po prostu mnie skręca i mam lęki, że zasłabnę. Kilka razy zdarzyło mi się, że chciałam coś zjeść, żeby mieć spokój. Ale nie uległam. Poszłam spać. Ale to jest naprawdę nieprzyjemne i nie ma nic wspólnego z takim normalnym zdrowym uczuciem głodu. Staram się więc trzymać coś na sam koniec okna. Choćby kawałek sera. Wtedy spokojnie wytrzymuję okno niejedzenia. Bezboleśnie.
Czy chudnę? Chyba chudnę, nie kontroluję tego. Na pewno jestem coraz sprawniejsza, to czuję.
Nie jedziemy do Wrocławia na koncert Eda. Szkoda. Mojej córce nie dali wolnego, a ja sama nie będę się tłukła tak daleko. Zresztą nie chce mi się. Dla tego koncertu z nią zrezygnowałam z warsztatów malarskich, na których mi szalenie zależało. Na szczęście znalazło się jeszcze miejsce dla mnie i idę na całe 3 dni na warsztaty. Mega! Może uda się sprzedać bilety.