W końcu wzięłam się za siebie! :)
Nie ma marudzenia, nie ma wymówek - trzeba działać!
Znalazłam prezent od kumpeli z LO. Dostałam tego słonika na dowód, że różowe słonie istnieją, zwłaszcza takie z czerwonymi kokardkami ;D To mój prywatny symbol na to, że nie ma rzeczy nie możliwych ;) W kwestii odchudzania również.
Na 5 jajek, 4 z podwójnym żółtkiem. Lepsze niż wygrana na loterii!
Zrezygnowałam z robienia zdjęć, ale dieta trwa w najlepsze. Jakoś w weekend odnotuje jak to będzie wyglądało wagowo i centymetrowo. Postaram się też uzupełnić brakujące jadłospisy.
Zauważyłam, że ujarzmiłam apetyt. Zdecydowanie wystarczają mi mniejsze porcje, niż to, co wstawiam na zdjęciach. Już kilka razy zdarzyło się, że dojadłam następnego dnia. Dobrze idzie to moje "nie keto".
Na śniadanie jajka i właśnie wczorajsze niedojedzone pulpety.
Kolejny posiłek prezentował się tak
A na kolację była duszona pierś z kurczaka pod camembertem ze szpinakiem (robionym z czosnkiem na maśle).
Podkusiło noo... a tyle sobie obiecywałam, że nie wpadnę w pułapkę robienia czegoś co wygląda jak ulubione danie, ale w ogóle nim nie smakuje!
Tak było z konjakiem. I co z tego, że wygląda jak makaron, skoro to nie to... Dzisiaj odgwiździło, że zrobie gnocchi, a raczej bardziej kopytka. Narobiłam się, bo współpracować chciało średnio, dużo sprzątania po tym było, a w smaku... no kopytka to to nie były. Heh. Nigdy więcej!
To te białe w kropki 😅 pulpety, jak zawsze, uratowały dzień.
Jak to ptactwo się drze... 😮💨 myślałam, że mi się śni 😅 nie wiedziałam co się dzieje 🙈 niech se lecą gdzie im cieplej, ale niech tak nie kłapią dziobem! A przynajmniej nie o tak nieprzyzwoitej porze...
Dzisiaj jadłam tak
Doczekałam się w końcu szczawiowej.
Oczywiście śmietana postanowiła się zwarzyć...
W kolejnym posiłku jedliśmy wczorajsze schabowe wzbogacone o ser. Wszystkie duże talerze były w zmywarce, więc podane ma małym z ciągłą dokładką surówki.
Co do surówki... miska do takich rzeczy też była w zmywarce, więc...
Trochę tu, trochę tam. Znowu obiad w fast foodzie.
Oficjalne tygodniowe ważenie robi wrażenie! Ja wiem, że to początek i woda, ale zważywszy, że jestem chwilę przed okresem to i tak jedno wow.
Odnotowałam spadek prawie dwukilogramowy! (1,7 kg). Zaciesz ogromny 😁 i najgorsze objawy ograniczenia węgli też już za mną. Swoją drogą geniusz jestem zaczynać coś takiego przed miesiączką... 🥴
Śniadanie lekko się zezeliło 😅
Na mieście sałatka, jak ostatnio, tylko tym razem do wzięłam ser. Wniosek? Mięsa dają więcej 😅
Później wjechało podwójne espresso z mlekiem. A po powrocie schab smażony z mizzerią.
Teraz jeszcze opiłam się kefirem, bo coś suszy po tym wietrze.
Postanowiłam wypróbować przepis na keto gofry. To był spektakularny niewypał. Niezjadliwe totalnie. Chyba wiem, jak to poprawić, ale na chwilę obecną dostarczyły mi zbyt wielu wrażeń.
Za to obiadokolacja ugłaskała moją niepocieszoną duszę. Pieczone udko z ziemniakami. Mniam.
Właśnie raczę się kakao z prądem (o zdjęciu nawet nie pomyślałam). Jutro "pochwalę się" tygodniowym wynikiem, tylko najpierw zmienię baterie w wadze, bo spadki są tak duże, że aż podejrzane 😅