Cześć wszystkim!
Szukałam czegoś w internecie i w wpadłam na forum Vitalii.
Przypomniało mi się, że swego czasu miałam tu nawet konto!
(które jak widzę, najpewniej po jakimś niepowodzeniu, wyczyściłam)
Pogrzebałam trochę i udało mi się zalogować.
Popatrzyłam na te wszystkie tabele i pomiary i poczułam się zmotywowana.
Pamiętam jak moim największym marzeniem było chociaż 75 kg
Teraz celuję już w 62-63 i nie jest to aż tak odległe !
Co się zmieniło?
Minęło parę lat od mojej ostatniej aktywności tutaj.
Zdążyłam być zaręczona tylko po to, żeby zaraz nie być.
Przeprowadzałam się parę razy i błądziłam, finalnie rozwaliłam całe swoje życie,
zapijałam swoje smutki przez prawie rok,
zaczęłam mieszkać sama w mieszkaniu, w którym koc na ziemi pełnił role kanapy.
To tu nauczyłam się rozmawiać sama ze sobą - nie wiem czy to dobrze czy to pierwsze objawy szaleństwa ;)
Stale walczyłam ze sobą, teraz powoli się stabilizuje. I udało się.
W końcu schudłam !
Jak schudłam 45 kg- czyli z 110 na 65 kg !
Nie wiem czy jest tu jeszcze aktywny ktoś kto kiedykolwiek śledził moje poczynania ale byłam pączkiem, nie da się ukryć. Co sobie chudłam to z radością ponownie tyłam.
Z pewnością to znacie. Moje rozstania z G powodowały ogromne zniszczenia, dużo ćwiczyłam żeby wyglądać lepiej i pokazać, że potrafię i dużo piłam, żeby jakoś to wszystko znieść. Nie polecam, ważna lekcja : alkohol nie rozwiązuje problemów.
Waga przy naszym finalnym rozstaniu zatrzymała się w okolicach 85-90 kg.
Zamieszkałam sama, przeszłam żałobę i powoli zaczęłam odkrywać to, że potrafię żyć dla siebie, po 7 latach związku to całkiem zaskakujące i przyjemne uczucie.
Zaczęłam zwracać uwagę na to co pakuje do miski i co robię ze sobą.
Kiedyś siedziałam, pewnie czekając na autobus, i obserwowałam.
Uderzył mnie wtedy widok ludzi młodych, którzy przez swoją wagę i zaniedbanie ruszali się tak ociężale, że wyglądało to wręcz komicznie.
Czułam się jak ktoś na kogo wylano kubeł wody i pomyślałam :
"OJESU! Czy ja też tak wyglądam?"
Wyobrażacie sobie siebie za parę lat z jeszcze większą wagą i małym dzieckiem, z którym nie możecie pójść na plac zabaw tylko dlatego, że to dla Was za ciężkie bo jesteście za grube? Straszne, prawda?
Zaczęłam działać.
Jeśli liczycie na to, że podam tu jakiś złoty przepis to niestety Was zawiodę.
Mnóstwo wyrzeczeń, musiałam nauczyć się mówić NIE.
Nie dla pizzy, nie dla alkoholi, nie dla słodyczy, nie dla każdego rodzaju fast foodów.
Do ćwiczeń wracałam jak dziecko, które uczy się chodzić : zaczynałam od 5 minut codziennie zwiększając czas o minutę bądź dwie.
Zaczęłam gotować, szukać przepisów, skupiłam się maksymalnie na sobie.
Czy jestem szczęśliwsza ? Ciężko stwierdzić
Czy 45 kilo mniej sprawiło, że moje życie jest lepsze? Nie.
Ale o tym może kolejnym razem. O ile będzie.
Walczcie, wierzę w Was !
PS. Odważyłam się też w końcu na tatuaże ;)