Wczoraj miałam przewidziane 4-godzinne szkolenie (on-line) po godzinie wiedziałam, że nic nie wiem,choć miałam wrażenie z 8-osobowej grupy wiedziałam z kolegą najwięcej. Regulamin, cennik to mogę przeczytać, ale niczego nowego się nie dowiedziałam, a nie taki cel miało to szkolenie. I prowadzący chyba się denerwował, że nic nie rozumiemy, no ale jak to jest dla nas nowa usługa to nie dziwię się, że padały sformułowania ,,typu nie rozumiem tego". Ogólnie 4 godziny stracone, a dzisiaj trzeba je nadrobić.
śniadanie- 2 kromki chleba orkiszowego z serem feta i pomidorem
obiad- makaron z kotletem sojowym i musem z cebuli (tak określi to mąż)
kolacja- serek wiejski z zieloną sałatą, rzodkiewką, ogórkiem, pomidorem, słonecznikiem i ostrą oliwą
podjadlam 4 plastry szynki i 4 wafle ryżowe
wypikam dwie kawki i 2,5 litra wody
godzinny trening zaliczony
wpadl jeszcze 40-minutowt spacer
poszlam wczoraj na trening grupowy (połączenie be womem, be fit, tańca) i 85% ćwiczeń wykonuje się w ruch z przemieszczaniem np. trzy kroki do przodu, do tyłu w bok, po skosie... Stoi przede mną laska, która kojarzę od września i ..... Stoi, jakby bała się ruszyć, że ktoś zajmie jej miejsce? Więc automatycznie albo na nią wpadasz, albo sama robisz, jakbyś była pierwszy raz.. Na tych zajęciach śpiewamy, krzyczymy też po to by wyrzucić nerwy, emocje, dodać sobie powera, laska jak spojrzała to tak jakby te zajęcia miałyby być w ciszy absolutnej... Aż wyszłam zła z tych zajęć. Ale nic dalej będę chodzić i wrzeszczeć bo ja mam się tam czuć dobrze i ja mam zrzucić ten balast, który obniża mi moją samoocenę i ryje mi psychikę.
duzo słoneczka Wam życzę