Mam
91 dni na schudnięcie przynajmniej
6 kilogramów. Urlop czeka, moje chude spodenki czekają, moje letnie sukieneczki też. I bikini, które mam dopiero w planach :)
Ważę sobie teraz
56 kilogramów. Już dłuugo sobie tyle ważę. Za długo. Niby 91 dni to wystarczający czas na pozbycie się zaledwie 6 kg, ja jednak czuję, że to dla mnie ostatni dzwonek. A że rzeczy, które zostawiam na ostatnią chwilę zazwyczaj najlepiej mi wychodzą więc mam taką małą nadzieję, że jednak uda mi się schudnąć tym razem...
Mam zatem 13 tygodni aby z tego:

... przeistoczyć się znowu w to:

... aby w tym miejscu:


.... czuć się tak:

Różnica pomiędzy dwoma pierwszymi zdjęciami to tylko 5 kilogramów a wygląd zupełnie inny. Wiem, że to i tak nie jest ideał ale ja mam taką a nie inną budowę, a - za przeproszeniem - z gówna bata nie ukręcisz ;)
Plan jest taki:
1) BASEN - byłam już 4 razy robiąc średnio po 40kilka długości. Dwa-trzy razy w tygodniu. Karnet doładowany więc motywacja jest.
2) BALSAMY NA CELLU - na zdjęciu może go tak bardzo nie widać, ale jest. A na drugim, po-basenowym zdjęciu nie ma go wcale :D
3)DIETA - to dla mnie chyba najtrudniejszy punkt. Mam bardzo duży problem z regularnym jedzeniem. Nie pracuje standardowo od 8 do 16 więc nie mogę jeść o tych samych godzinach. Spróbuję jednak zachowywać 3-4 godzinne odstępy. Obcięłam złe węgle (czytaj słodycze, jasne buły, lody itp) i wpierdzielam wreszcie dużo warzyw. Mam nawet plantację kiełków na parapecie :) I rzeżuchę :) Liczenie kalorii jest niestety nie dla mnie, a pewnie to przyniosłoby najlepsze rezultaty...
4)ROWER/BIEGANIE - ale czasami. Nieregularnie. Z bardzo prostego powodu - brak czasu. Ale ciepło jest, więc jak czas pozwoli będę jeździć.
Jeszcze moje wymiary:
udo - 56 cm (a liczę na co najwyżej 51)
biodra - 95 cm
talia - 66 cm
biust - 85 cm
łydka - 37 cm
biceps - 26 cm
Nie ma rzeczy niemożliwych. Całe życie słyszę, że jestem uparta, upieram się więc, że schudnę i już!