Powoli, ślimaczo pełzne ku celowi...
Trochę tu samotnie.Dziewczynki-chudzinki, z którymi tu zaczynałam long, long time ago- juz pewnie mierzą skąpe bikini z najnowszych kolekcji na kolejny wyszczuplony plażowy sezon.
A ja walczę-trochę od nowa.
Motywacja-flesze aparatów, a potem uwieczniona ma postać na wieki, w sukni ślubnej. I co ja wnuczce kiedyś pokażę?...
A wcześniej przymiarka sukni ślubnej-już 29 czerwca!!!
Nieśmiało sie zatem tutaj rozglądam-za dawnymi wspieraczkami, za nowymi, dzielnymi odchudzaczkami.Żeby było komu zagrzewać do walki.
Po pierwszym radosnym oszołomieniu, dopadło mnie przerażenie.Narasta z każdą kolejną mądrą radą dotyczącą organizacji wesela-bo wszyscy mają jakieś doświadzcenia w tym względzie(własne lub zapożyczone),ale też zupełnie odmienne od siebie!
Ja wiem,ze nikt mi nie da gwarancji,że gdy zorganizujemy przyjęcie własnymi zasobami(nasza, znajoma ekipa gotuje) to będzie wszystko super,ani,ze gdy z drugiej strony pozostawimy to domom weselnym, które organizują wszystko kompleksowo-to będziemy mieć dużo mniej pracy i stresów.Jednak przy kolejnym pytaniu-to kiedy ślub?Macie już termni?Zaczynam sie jeżyć i zaciskam zęby,żeby nie powiedzieć czegoś niemiłego.
Wiem-to radosny moment, spełnienie marzeń i wogóle jak ja mogę się czymkolwiek stresować?! (to zdanie koleżanek singielek) Mężatki z kolei ruszają ze szturmem i sypią przykładami fatalnych wesel na jakich były,albo rewelacyjnych,ale jak sprawdzam szczegóły, to często poza zasięgiem naszych możliwości.
Wiem,że nikt nie chce źle,ale chyba muszę ochłonąć i najchętniej w tym celu wyjechałąbym gdzieś, gdzie pobędziemy sami z A., podumamy i bez żadnych wpływów podejmiemy jakieś decyzje.
Póki co szukam w okolicy Krakowa miejsc gdzie zmieściłoby się ok.150 osób, był nocleg dla zdecydowanej większości i...wolny termin na wrzesień przyszłego roku! No i wszystkie trzy warunki powinny być spełnione...
Powrót do pracy zaowocował wzrostem ciśnienia-pod moją nieobecnośc na stronie internetowej zaistniała informacja o tym, że zajmuję się ofertą szeroko dostępną dla ludności i wykonuję ją w godzinach pracy, w których tutaj nie pracuję!!!!!! Nie powiem skandal, bo raczej kryminał, biorąc pod uwagę, że w tych godzinach pracy, pracuję już dwa lata w innym miejscu pracy! Poczułam,że robią idiotów z ludzi, traktują również mnie jak idiotkę. Dziwię się, że NFZ nie dobrał im się jeszcze do tyłków, chociaż mam coraz silniejsze poczucie, że ręka rekę myje, pieniądze sobie wyciekają na jakieś fikcje, a ja się nie mogę doprosić o zwykłę skierowanie gdy idę do lekarza jako pacjent, bo na standardową opiekę nie ma już pieniędzy.
Żeby się nie stresować, staram sie myślami wracać do naszego "weekendu narzeczeńskiego", wszystkich fajnych chwil, cudownego luksusowego hotelu(oj, nie będzie mnie prędko stać nawet na odrobinę takiego luksusu) i bliskiej obecności Pienin.
A poniżej namiastka tego jak się tam bawiliśmy.

Powyżej Melania-owieczka, którą adoptowaliśmy.Oprowadzała nas po swoich rodzinnych stronach;) Miałą być prezentem dla jednego z rodzinnych maluchów,ale teraz sie łamiemy, czy ją komukolwiek oddamy...;)
A ten obrazek zatytułowaliśmy "wakacyjna miłość"-Melania wraca z nami do Krakowa,ale już nie sama;)

A tu jeszcze Dukla, gdzie się zaręczyliśmy-jak będzie nam kiedyś ze sobą źle(choć teraz trudno mi sobie to wyobrazić) to będę wracać myślami do tego miejsca i tego dnia.;) DZIĘKUJĘ za wszystkie miłe słowa z tej okazji.
Wykupiłam nowy pakiet diety, tym razem z opcją fitness-ruszam tyłek, bo do wesela został tylko rok;)
A 4 września wesele w rodzinie A.-poznam wszystkich jego bliskich, też przydałoby się ważyć już mniej...Cóż-bez pracy nie ma kołaczy!

Wczoraj dosyc stresująco-Luby na koniec upalnego dnia, zostawił mnie z 6 kilogramami truskawek, które w tempie ekspresowym zaczęły się psuć i zamieniać z stołówkę dla muszek.A sam...wyrwał z domu,żeby sie spotkać z naszymi wspólnymi znajomymi. Wrócił po trzech godzinach, w zasadzie nie wiem,czemu musiał się z nimi spotkać tak nagle i beze mnie. Usprawiedliwić go może jedynie to, że pomagali mu wybrać pierścionek zaręczynowy;) Tak, tak...dopadło mnie i wypatruje każdego najmniejszego sygnału,że to będzie JUŻ.Głupie...Ale tak mam i nic nie poradzę.
Wieczór skończyliśmy błogim wspólnym dżemkowaniem(efektami mimo wielkich checi nie moge sie pochwalic-z powodu jakiejs przeszkody technicznej nie udaje mi sie dolaczyc zdjecia). Dżemki są z pektyną-robię je tak od zeszłego roku.(Elkati-doszła paczuszka?)
A od dzis-urlooooooooop!
Wylądowaliśmy na gościnnej ziemi krośnienskiej i mam zamiar odpocząć i nie mysleć o egzaminie, ktorego termin nadal jest niewiadomwa.
Slonecznie pozdrawiam!
(a dietowo zapowiada sie super-mam wielki pęk botwinki,,zerwanej dziś wieczorem z ekologicznej uprawy, jutro mam zamiar nagotować cały gar i jeść tak dużo i tak długo jak się da-uwielbiam tą zupkę z lodyżkami!Na szczęście p.teściowa nie wyraża agresji poprzez wpychanie jedzenia i nie ma nic przeciwko temu,żebysmy sami gotowali w jej kuchni)
Zakończenia powodują zazwyczaj smutek i rozżalenie-ja wczoraj czułam tylko w niewielkim procencie to drugie.Buzowała we mnie przede wszystkim złość.Moje Kochanie dowiedzialo się,że z dnia na dzien jego szefowie zwijaja interse i za trzy dni zostanie bez pracy. Gdy zadzwonił,żeby mi o tym powiedzieć, myślałam,że zaraz chyba tam pojadę i wygarnę to co mi sie zbiera od kilku miesięcy pod ich adresem, bo to była piękna wisienka na torcie ignorancji i niesutannych dowodów na niedojrzałość jaki prezentowali w roli zarządzających firmą i zespołem.
Moje Kochanie jest przedstawicielem tego wymierającego gatunku, który angażuje sie na 100% w powierzone zadania-jest profesjonalista w swojej dziedzinie. Nie mogli miec lepszego szefa. Był mega dyspozycyjny(kosztem kilku imprez rodzinnych, na których musiałąm kwitnąc sama) i niejednokrotnie dawał dowody,że moga mu spokojnie powierzyć szefowanie interesem nawet w kryzysowych chwilach. Wszyscy klienci byli nim zachwyceni o czym informowali właścicieli na bierząco, a ja słyszałam nieustannie od nich jaki to mam skarb. JA TO WIEM! Dlaczego do cholery zatem nie poinformowali go o swoich planach wcześniej?!
W ich świecie chyba nie ma takiej opcji,że ktoś żyje za 2000(albo mniej) i to jest jego byt. Są niedojrzali, odrealnieni i mega nie w porządku. Wylałam to co o nich myślę,ale nieco bardziej cenzuralnie niż dwa dni temu, gdy A. do mnie zadzwonił z tymi informacjami.
Gdy usłyszałam o pożegnalnej imprezie i zaproszeniu mnie na nią-powiedziałam,że mam ich gdzieś i jeśli tam pójde, to będę musiała im nagadać. Ale gdy emocje opadły stwierdziłam,że to A. jest najważniejszy i będę przy nim stac murem, bo moja złość już iwele tu niezdziała a do kogoś tak prymitywnego jak oni i tak niewiele dotrze.
Poszłam zatem na impreze-odstawiłam sie nawet.Uśmiechałam się, otarłam wyreżyserowane łzy właścicielki(jej marzenie nie zrealizowało się...hmmm..), sączyłąm sprite z piwem i skosztowałam pyszhych warzywek, które na koniec przygotwał jak zwykle rewelacyjnie mój A.Gdy impreza zaczęła się zamieniać w popijawe grzecznie sie pożegnaliśmy. Moje Kochane stwierdziło,że zachowałam sie jak dama i cieszy się,że z nim tam poszłąm.
A ja wciąż czuję ciśnienie i niesmak...I ciśnie mi sie wniosek,że ciężko jest byc lojalnym w tych dziwnych czasach.
A poza tym z innych ciężkich emocji wylewających sie w ten piękny, słoneczny dzień- jest mi głupio i wstyd przed Wami, bo odpuściłam i efekty na wadze są. Wracam jak marnotrawna córa(?). Głupio mi zwłaszcza przed tymi, które dopingowały,pisały w komentarzach,że trzymają kciuki. Na 4 lipca miałam osiągnąć wage 60 kilo.Treaz muszę to urealnic i przesunąć ten cel na koniec wakacji. ALe do tego dokładam aktywnośc fizyczna.Na początek wykupie pakiet Vitalii z ćwiczeniami.
To niesamowite jak posiadanie kota łączy ze światem.Przekonałam sie o tym przy okazji zabiegu Norki.Moje samochodowe upośledzenie daje się w takich chwilach we znaki. Taszczyłam transporter z przerażoną kocinką przez pół miasta w tramwajach i autobusach do zaufanego weterynarza. Wściekła byłam na siebie i klęłam w duchu, wyzywając sie od najgorszych. Wszak w tych czasach nie jeździć samochodem to jak...(chwilowo brakuje mi najgorszego z listy określenia). Biedna Norka poza stresem wynikajacym z obcych, przerażających dźwieków, musiała znosić wszystkie "ciumkajace" twarze, które koniecznie chciały zobaczyc zwierzątko, albo wepchniętych między kratki paluchem pogłaskać po dowolnej, najbliższej części ciała.Na szczęście w drodze powrotnej działała narkoza.To niby miłę-takie zainteresowanie tramwajowe.ALe ja mam wobec tego rezerwę-tak jak w stosunku do pochylania sią tych wszystkich obcych ludzi nad wózkiem z małym dzieckiem.
Nasłuchałam się przy okazji prób przedarcia sie przez zapore transportera opowieści o kotach, zabiegach-udanych i (o zgrozo) tych po których ktoś stracił zwierzątko.Wolę myśleć, że ludzie, którzy tak ciepło mówią o zwierzętach to dobrzy,przychylni światu ludzie.W takim razie jest takich bardzo,bardzo dużo. Wiem jednak,że czasem ktoś zwraca sie ku zwierzętom, gdy ludzie zawiedli i trudno wykrzesać juz wobec nich pozytywne uczucia.
Moje koty-z przodu odratowany spod szpitala "Radek"(okazał się dziewczyną i nie mam pomysłu na inne imię...może to prawie jak Carol..;),maluszek to synek Radka, a z tyłu Norka-jeszcze nie wiedziała,że czekają ją takie stresy.Norka opiekuje sie rudym maleństwem jak swoim-tak jak wcześniej"adoptowała Radka.Razem sa jak rodzinka.Gdy po zabiegu Nora musiała spać sama w kuchni, z dala od pozostałej gromadki(bałam się o jej brzuszek) była bardzo nieszczęśliwa i pzez całą noc dawała nam to do zrozumienia...