Założyłam na Vitalii nowe konto więc to nie tak, że jestem tu zupełnie nowa. Na tamtym koncie co prawda niewiele było. Była jednak historia. Chcę powiedzieć tu i teraz ważę tyle i z tej wagi startuję. Tam nie mogę tego zrobić bo przeszłość się za mną ciągnie. A ja nie chcę być stale na plusie (tam początkową miałam niższą więc do czasu doczłapania do niej ciągle bym byłą in plus ). Chcę móc schudnąć.
Odchudzam się długo. Jak długo już sama nie pamiętam. To znaczy nie jest tak, że zawsze byłam gruba. W liceum (rany to było sto lat temu ) niezależnie jak dużo jadłam ważyłam 52 w pewnych okresach dochodziłam max do 57 ale to tylko na chwile.
Właściwie do ciąży się nie odchudzałam (młody ma 6,5 roku) choć trochę mi już przybyło - nie było już 52 ale nie było źle. W ciąży okazało się, że mam cukrzycę ciążową. Byłam na diecie. Lekarze wahali się czy podać mi insulinę ale odkładali to do następnej wizyty aż urodziłam. Młody urodził się zdrowy choć z wagą ponad 4 kg. Potem miał skazę białkową a że go karmiłam to jeszcze będąc na diecie cukrzycowej już musiałam się mocno ograniczać z innego powodu. W efekcie schudłam i kilka miesięcy po urodzeniu ważyłam ponad 10 kg. mniej niż przed ciążą. Żyć nie umierać. Czułam się super. Uwielbiam zdjęcia z tamtego okresu.
A potem... wróciłam do pracy, zaczęły się przekąski przynoszone przez różne osoby na rozładowanie stresu (głównie słodkie), skończyły się diety cukrzycowa i bezmleczna, ogólnie nerwówka i tak waga wędrowała sobie niepostrzeżenie do góry.
Było źle. Mąż już się na mnie wkurzał. Przypominał, ze przecież po ciąży super schudłam, że te diety świetnie na mnie działały itd. Próbowałam sama, próbowałam z Vitalią, ale brak mi motywacji, samozaparcia. Poszłam do dietetyka. Pani dietetyk (dziwna jakaś zarobić nie chciała) zapytała tylko dlaczego nie chcę wrócić do diety cukrzycowej. Przecież to idealny wynalazek itd. Dała materiały i kazała sobie wymyślać menu i jeśli będę miała potrzebę to mogę się z nią kontaktować ona pomoże. Nie kontaktowałam się bo nie miała mi w czym pomóc. Przecież ja nie zaczęłam - więc jak można mi pomóc...
Potem trafiłam do super dietetyczki i to wcale nie z przymrużeniem okiem. Jedzenie takie że aż chce się jeść potrawy dietetyczne (w pracy ciągle ktoś zagląda mi czym się zajadam). Tylko, że minęło 1,5 roku a waga była raz niższa, raz wyższa ale w ogólnym rozrachunku praktycznie się nie zmieniła.
Zaraz posypią się gromy że wymyślam sobie różne niestworzone historie, które utrudniają mi schudnięcie - trudno. Mój mąż ciągle tak mówi więc już się przyzwyczaiłam. Wcale to nie jest tak, że ja nie chce schudnąć. Chcę i to bardzo. Nie mogę na siebie patrzeć. Niestety im bardziej chcę tym szybciej idę coś zjeść. Jestem koszmarnym zajdaczem stersów (ci co wiedzą o czym mówię zrozumieją, ci co mają inaczej - jak moja mama, mój mąż - nigdy mnie nie zrozumieją pogodziłam się z tym). Moja dieta jest dobrze zbilansowana. Konsultowałam się już, sprawdzałam w różnych programach więc moje napady "głodu" nie zostaną unicestwione poprzez zmianę diety. Ja potrafię jeść nawet jak mam wrażenie, że zaraz pęknę. Na szczęście ostatnio już jest lepiej. Trochę nad tym panuję. Panuje już też trochę nad zajadaniem chęci ucieczki przed pracą. Jeszcze niedawno zaraz po wejściu do pracy czułam się koszmarnie głodna i rozglądam się za czymś do zjedzenia. Dodam, że pracuję w korporacji (ci co znają też zrozumieją, ci co nie to może choć jakiś film oglądali )
Kolejny zonk związany jest z tym, że po ciąży miałam co jakiś czas robić badania cukrzycowe i robiłam. Każde kolejne wychodziły dziwniej. Tzn. po obciążeniu glukozą (2 godziny po) wynik miałam niższy niż nacczo. I tak co badania ten wynik był niższy. Interniści mówili ok., ten wynik jest w normie (norma czyli górna a nie dolna granica). Pokazałam ten wynik dietetyczce (dodam, że moja pani dietetyk to pani po wyższych studiach, udzielająca się, działająca w różnych stowarzyszeniach, dokształcająca się i posiadająca specjalizację czy jak to się tam w dietetyce nazywa endykrynologiczną a nie jakiś samouk jakich wiele). Ona powiedziała, ze ten wynik nie jest prawidłowy, że pokazuje, że mam wyrzuty insuliny i że powinnam się udać do diabetologa bo to może być przyczyna moich problemów ze schudnięciem. Więc poszłam. Diabetolog potwierdził, ze moje wyniki nie są prawidłowe i że niestety wielu internistów patrzy tylko na górną granicę. Zalecił dietę cukrzycową pod okiem dietetyka, min 30 min ruchu dziennie i wizytę za pół roku. Jeśli się uda to super jeśli nie to będzie trzeba włączyć leki. Minęło pół roku... wizytę odwołałam bo... nie schudłam a leków nie lubię. Po roku stwierdziłam, że tak dalej być nie może. Rozbroiłam doktora moją szczerością jak powiedziałam, że miałam przyjść po pół roku odchudzona a przyszłam po roku nieodchudzona. Zlecił badania. I tu było niezłe zaskoczenie. Naczczo oczywiście ok (wynik z mojego glukometru i laboratoryjny prawie identyczny). Po godzinie (obciążenie glukozą 75) wg glukometru 187 a lab. 155, po dwóch godzinach wg. gluk. 159 a lab 106. I zgłupiałam. Bo mogłabym uwierzyć, że mój glukometr jest do d... (choć ponoć jest dobry) gdyby wynik nacczo był tez tak różny ale był taki sam. Dodam też, że ja doskonale już wiem kiedy mam problem z cukrem. Jak czuję, że to coś się dzieje to mierzę i glukometr tylko potwierdza moje przypuszczenia. W innych momentach cukier mam w normie. Oczywiście zastanawiające jest jeszcze to, ze te wyniki (jeśli wierzyć w glukometr) były wysokie mimo, iż zawsze (w poprzednich badaniach lab.) były niskie. Poszłam do diabetologa. On rozłożył ręce bo przecież on nie może postawić diagnozy na podstawie glukometru a wg. laboratorium jest najzdrowsza ze zdrowych. Nie może też kazać ponowić badań teraz bo nie chce tak często mnie obciążać glukozą. Tylko w łeb sobie strzelić . A... jeszcze coś dodam. Przed badaniami dostałam prykaz abym nie stosowałam diety coby wyniki nie były oszukane. Więc przez tydzień (miały być min. 3 dni) jadłam co popadło. Wszytko co niedietetyczne. Czułam się już tak koszmarnie, że z utęsknieniem czekałam na dzień badań - nigdy nie przypuszczałam, że życie bez diety jest tak trudne
. I jaki wniosek? Lepsze wyniki mam jak się opycham czekoladami, makaronami, bułami, drożdżówkami... Chore....
Dodam jeszcze, że w miedzy czasie robiłam badania na nietolerancję pokarmową... okazało się, że powinnam ograniczać: pszenicę, kukurydzę (najczęściej stosowaną jako zamiennik pszenicy), drożdże, mleko, migdały, pora. W mleko byłam w stanie uwierzyć bo czułam, że po mleku nie jest mi do końca ok ale reszta...?? Jak przez kilka dni nie zjadłam nic z kukurydzą a potem zjadłam to brzuch miałam jak w dziewiątym miesiącu ciąży - stwierdziłam, ze to przypadek. "Ćwiczenie" powtórzyłam i... to samo. Uwierzyłam.
Trochę trudno mi było poradzić sobie sama z sobą tzn. z tym moim jedzeniem kiedy popadnie więc poszłam do psychologa. Poza tym (jedzeniem) mój mąż - zero akceptacji, zero wsparcia raczej dobijanie i deptanie każdej pojawiającej się odrobiny motywacji, nadziei i każdego małego sukcesu. Dziś na spotkaniu z psychologiem dowiedziałam się, że to raczej nie ja powinnam przychodzić na te spotkania - do tej pory raczej słyszałam, ze to spojrzenie jednostronne i nigdy tak wprost nie usłyszałam, że faktycznie ktoś pode mną dołki kopie. Pani psycholog zajmuje się uzależnieniami i stwierdziła, że my funkcjonujemy jak rodzina borykająca się z uzależnieniem. Problem w tym, że ja już sama nie wiem kto w tej rodzinie jest uzależniony a kto tylko współ
Od kilku dni znowu bardzo chcę, znowu mam jakiś przypływ motywacji. Działam na wielu frontach. Poszłam dwa razy na masaż (trzeba się nastawić pozytywnie), zostałam wygnieciona (już się czuję o kilka centymetrów mniejsza), cały czas ćwiczę po okiem trenera (choć aktualnie mąż jest na wyjeździe więc mam trochę to utrudnione bo ktoś musi zostać z młodym), dziś byłam na jakimś zabiegu (niby bardzo skuteczny, ma super dużo pozytywnych opinii nawet znajomych ale kiedyś już byłam i nie zadziałał - tyle, że wtedy poszłam na zabieg i jadłam...) no i dziś dostałam nową rozpiskę diety. Więc idę kucharzyć .Bo z tym najbardziej kuleję, ale będzie ok.
Ech... pewnie niewiele osób dotrwało do końca tego tekstu ale tych co wytrwali błagam trzymajcie kciuki - kiedyś musi się udać i oby było to teraz
PS. Obiecuję, że następnym razem będzie krócej