Masa ciała




Łykam tablety anty-kopcyjne i chce mi się żreć,albo to u mnie normalny stan,a tylko sobie wmawiam,ze to przez te tablety.Ale musze zaznaczyć,ze 6 lat nie łykałam żadnych hormonów.Boję się,ze stanę się loszka znowu.To prześladuje mnie w koszmarach.Dzis juz zaczęłam źle: mianowicie na śniadanie mała bułka z pomidorem (juz z dupy),potem...uwaga,uwaga-pół śledzia po wiejsku z cebulą (jeszcze bardziej z dupy),teraz juz mnie nosi i wrypałam pół rogalka z pomodorem.Kurw,a jest dopiero 11ta.jedno mnie ratuje,ze codziennie rower-i ta moja trasa 11 km i myślę,ze tylko dzięki temu trochę chudnę.Rano waga pokazała 57,5,całkiem przystępnie,choć przyznam,ze się lekko opuściłam ze ścisłą dietą (taaaakk...a dziś od rana to nakurwiam obrzydliwe bomby kaloryczne),do końca dnia wiec powinnam mieć jabłkowe żywienie.I kto wie,jak scisnę dupę to moze sie uda.
Troszkę się wysmukliłam,nie powiem,znika powoli a'la garb -karczycho,plecy sie wysmukliły,nogi patyki,bęben zmniejsza swoją pojemność,ale jak to ja-jak juz sięgnę po sukces (3,5 kg w 3 tyg),to zdobywam laury i zaczynam na nich spoczywać-czyli zaczynac dzień od wpierdolenia buły.
Co za cudny dzień.Zaraz jadę odebrać syna ze szkoły,i chyba zmuszę to biednę dziecię na rower,pojedziemy do tatusia,który jest dziś leśnym trolem,bo jakieś drzewo rąbie (mam nadzieje,ze drzewo:)
To cześć koleżanki!
Nakurwiam znowu pełna sił witalnych,psychicznie wyprana ale już zredukowana do poziomu zadowolonia,z małżonkiem jest love,ale obiecuję wszem i w obec(albo jakoś tak to sie piszę),ze już nigdy nie pokusi mnie do szpurania w męskim fonie,gdyz tylko można się nabawic sraczki w głowie i w sercu.Więc-pierdolęęęęę,nie zryram już nawet gdy stan upojenia alkoholowego sięgnie zenitu.Z odchudzaniem tak se-to znaczy,trzymałam sie dzielnie-podczas smutku zrzuciłam z siebie ciężar kilograma (tak jak w filmach:"taka ona chuda,bo cierpi"),ale godząc się z mężem upoiliśmy się alkoholowo i zjadłam jeszcze fast fuda,więc nie jaram się.Waga stanęła na 58,0 i wiem to wina mojego upodobania do używek.Odnośnie palenia-to jaram tylko jak się mocno nawalę,albo w sytuacjach stresowych,a tak fajki moga dla mnie nie istnieć.Więc teraz jak jestem juz w normalnym stanie,to nie jaram.Jutro mnie czeka ważna rozmowa z ważnym facetem na poważnym stanowisku odnoście pracy w poważnym i ważnym szpitalu.Nienawidze takich "spotkań"-co? Mam wejść pod biurko,czy udawać twardą i pewną siebie ,chętną do pracy kandydatkę.AJ HEJT!
A! Dziś rowerem 20 km-tak ,tak moje drogie,jak wsiadam na bicykla czuję wolność we włosach-kwiaty i wszelkie toksyny ze mnie wyłażą (szczególnie pijaństwo) w postaci potu pod cycem i wzdłóż rowa (ale ja jestem kobieca i delikatna!),ale lubię to.