Masa ciała
















To był długi dzień. Naprawdę długi. Ale udany:)
Nie potrafię wstawać w zimie przed 6. Po prostu nie jestem do tego stworzona. W wakacje mogę robić takie rzeczy, ale nie dam rady, gdy jest ciemno. Chociaż nie.. dziś nie było ciemno. Dziś było biało. U Was też spadł śnieg? To znaczy wpadł tylko na śniadanie i to tylko pierwsze. Musiałam dziś odwieść brata do pracy. Myślałam, że szybko pójdzie, ale gdzie tam. Trochę białego puchu i kierowcy nie przekraczają 40 na trasie. To było najdłuższe 15 km ostatnimi czasy.
Trzymałam się diety. Już drugi dzień. Jupi! I to pewnie głupie, ale czuję się lżejsza. Może dlatego, że jem mniej (objętościowo i kalorycznie). Może dlatego, że jem więcej błonnika i on zdecydowanie działa tak, jak powinien. Może dlatego, że wypociłam dziś się na siłowni. Może i może.. Ale czy to ważne dlaczego? Wiem, że teraz tracę wodę. Wiem, że na utratę tłuszczyku muszę poczekać, ale jeśli samopoczucie jest dobre, to chce się w to brnąć.
Szperając w sieci znalazłam ciekawą informację. Niby ogólnie wiedziałam, że tak jest, ale teraz znam już szczegółyJ
Etapy zrzucania wagi
Często po pierwszych dnia odchudzania jesteśmy zachwyceni efektami, nie zdając sobie sprawy, że pozbywamy się zapasów wody, a nie tłuszczu. O spalaniu tłuszczu możemy mówić dopiero po 11 dniach diety. A tak wygląda rozkład spalania:
Etap 1: Przez pierwsze 3 dni diety tracimy 70% wody, 5% białka, 25% tłuszczu
Etap 2: Do 13 dnia diety tracimy 19% wody, 12% białka, 69% tłuszczu
Etap 3: Między 21 a 24 dniem diety tracimy 15% białka, 85% tłuszczu
Etap 4: Od 24 dnia diety tracimy 25% białka, 75% tłuszczu
Czyli wychodzi na to, że nie pozostaje mi nic innego tylko czekać. Zastanawiam się, czemu w etapie 4 tracimy mniej tłuszczu niż w etapie 3. Ciekawa jestem, z czego to wynika.
***
Moje dzisiejsze menu:
śniadanie: musli z mlekiem - 360 kcal
2 śniadanie: grejpfrut + garść błonnika - 180 kcal
obiad: wątróbka z makaronem - 360 kcal
podwieczorek: 2 kromki pieczywa chrupkiego z konfiturą - 120 kcal
kolacja: sałatka z jajka i groszku z jogurtem i ziołami - 180 kcal
Zaczął się nowy rok. Jak zawsze zaczyna się szturm na siłownie, kluby fitness i apteki. Prawie każdy postanawia coś zmienić. Chcemy być szczuplejsi, zdrowsi, bogatsi lub mądrzejszy. Niektóre postanowienia są proste. Inne szybko pójdą w zapomnienie. Bo okazuje się, że plastry pomagające rzucić palenie są droższe niż papierosy. Więc po co się męczyć i tracić więcej pieniędzy? Nasza wielka mobilizacja nauki nowego języka kończy się, gdy uświadamiamy sobie, że trzeba temu poświęcać przynajmniej cztery godziny tygodniowo. Skąd brać na to czas? I najpopularniejsze - odchudzanie. Nastąpiło wielkie ruszenie na siłownie. Karnety kupione na trzy miesiące do przodu. Przecież się trzeba zmobilizować! I tak pierwsza wizyta, to mnóstwo energii i pozytywnego nastawienia. Potem energia się powoli kończy. Po jakimś tygodniu czy dwóch pozytywne nastawienie też gdzieś ucieka. I tak oto (razem z milionem innych osób) kombinujemy, jak przekonać wszystkich, że nie przestaliśmy ćwiczyć przez lenistwo. Wymówek jest wiele. Od kontuzji, przez brak czasu, na niesympatycznym trenerze kończąc. Karnet ląduje w koszu, gdzie czeka na swojego przyszłorocznego kolegę. Smutne, ale prawdziwe.
W tej chwili krytykuję nie tylko innych ludzi, ale i siebie. Karnet na siłownię leży spokojnie w moim portfelu. Czy skończy jak wiele innych w koszu? Postaram się, aby tak nie było. Powstrzymuje mnie też nienawiść do marnowania pieniędzy. Podobno mamy kryzys. A jednak niewiele osób zastanowi się, zanim wyrzuci do kosza równowartość stu złotych. Przynajmniej st. Ja tego nie zrobię. Wykorzystam go i ewentualnie zastanowię się, czy potrzebuję kolejnego. Bo mimo iż szkoda mi pieniędzy na głupoty, to chciałabym zrealizować swoje postanowienie. Ten rok przyniesie wiele zmian w moim życiu. Chciałabym, aby towarzyszyło mi trochę mniej mnie. I uda mi się. Muszę tylko skoncentrować się na celu. Nie załamywać się niepowodzeniami i nie tracić czasu.
Proszę Was bądźcie surowe, gdy zawalę, i chwalcie za każdy mały sukces. Jestem słabym człowiekiem. Bądźcie moją inspiracjąJ I wybaczcie mi, jeśli marudzę jak dziś. Postaram się robić to rzadziej. Załamałam się dziś. Od tygodnia byłam przykuta do łóżka. Rozłożyło mnie totalnie. Tak więc nie udało mi się stracić nawet pół kilograma wody. Wczoraj było już naprawdę dobrze, więc dziś dziarskim krokiem udałam się na siłownie. A tam.. Totalne oblężenie. Czekanie na wolny sprzęt i słuchanie rozmów licealistek, które na studniówce chcą wyglądać jak wyciągnięte z obozu. Jutro muszę zerwać się rano – może uda mi się ominąć te tłumy.
A jak Wam mijają te pierwsze dni nowego roku i nowego życia (jak niektórzy mówią)? Ze swojej strony życzę Wam sukcesów i pozytywnego nastawienia na cały rok! Bądźcie szczupłe i uśmiechnięteJ
Ps. 30 grudnia dodałam nowy post. Jak się okazuje post widmo. Wiecie może czemu nie został opublikowany? Chyba że przez gorączkę miałam omamyJ