Sylwetka

Poprzednia Początkowa sylwetka
Obecna Obecna sylwetka
Cel Mój cel

O mnie

Najbardziej na świecie lubię gotować i piec. Niestety wiąże się z tym też fakt, że uwielbiam jeść, co nie jest dobre dla mojej wagi.

keszka

kobieta, 24 lat, Poznań

169 cm, 70.10 kg więcej o mnie



Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy

To mnie wkurza!

19 maja 2012 , Komentarze (5)

Witajcie!

Postanowiłam, że idąc za przykładem pana, który to boso przemierza świat, wyrzucę z siebie kilka moich przemyśleń a propos tego, co mnie wkurza.

Cykl rozpoczynają zakupy w sklepach odzieżowych i obuwniczych.

Na pierwszy ogień wezmę sklepy z bielizną
Nie mogę wręcz znieść zakupów w tych sklepach. Może dlatego też robię je tylko wtedy kiedy muszę. Wybranie się do sklepu z bielizną celem zakupu biustonosza jest dla mnie istną katorgą. Najbardziej wkurzają mnie pustki w tych sklepach. Bynajmniej nie mam na myśli wyłącznie sklepów z drogą bielizną. W tych przeciętnych tez echo hula od ściany do ściany. A dlaczego mi to przeszkadza? Otóż największym problemem okazuje się tu pani ekspedientka, która (zapewne ogarniającej ją nudy) ożywia się od razu, gdy wchodzę do takiego sklepu, dziarsko podskakuje z miejsca za ladą i od razu po powitaniu chce mi w czymś pomóc. No ludzie, w czym ona chce mi pomóc? Co ja mam jej odpowiedzieć?
"Tak, potrzebuję pomocy w znalezieniu bielizny na moje grube dupsko?" 
Po cóż innego mogłabym wejść do tego sklepu, jeśli jego asortymentem jest wyłącznie bielizna? No właśnie. Widać też, że pani ekspedientka nie jest profesjonalną brafitterką i nie pomoże mi w doborze odpowiedniego biustonosza. 
Gdy już uprzejmie odpowiem, że dziękuję za ofertę pomocy i chcę się rozejrzeć, jestem pilnie śledzona wzrokiem w/w pani, czy aby przypadkiem nie zamierzam czegoś zwinąć czy nie wiem co jeszcze. Wkurza mnie to, że wszędzie traktują mnie jak potencjalnego złodzieja! Dla mnie wybór bielizny jest dość intymnym zajęciem i nie chcę, żeby w tym czasie ktoś zaglądał mi przez ramię. Pół biedy, jeśli pani nie odrywa ode mnie wzroku pozostając za ladą. Najgorzej jest, gdy owa pani łazi za mną po sklepie pozostając 2-3m za mną ze splecionymi za plecami rękami i oczami wlepionymi w moje ręce. Och, to mnie wkurza do czerwoności. 

To łażenie za klientem obecne jest też w sklepach odzieżowych. Gdy coś takiego się mi przydarza, od razu wychodzę. 
Co mnie jeszcze wkurza w sklepach odzieżowych (szczególnie w centrach handlowych), to ogłuszająca mnie muzyka (co zdarza się raczej rzadko) i duszący, zwalający wręcz z nóg zapach (to już znacznie częściej). Wprost nie mogę robić zakupów w Stradivariusie, bo zaraz po wejściu atakuje mnie ostry zapach i gryzie w gardło. I to nie tylko w jednym centrum handlowym (konkretnie w 3 - jednym w Bydgoszczy i 2 w Poznaniu). Czy polityką firmy jest zaczadzenie klienta? 

No i na koniec sklepy obuwnicze - tu też zdarza się wyżej wspomniane "śledzenie", ale już coraz rzadziej. Co najbardziej wkurza mnie w tego rodzaju sklepach, to wciskanie przy ladzie wszelkich produktów do pielęgnacji obuwia, ochrony stopy, wkładek i tym podobnych przy ladzie, gdy już kupuję buty. Wiem, wiem, każdy reklamuje się jak może, ale wkurza mnie to wszechobecne wciskanie kitu ludziom na siłę. Trochę wkurza mnie też to, że coraz więcej jest butów "modnych" niż wygodnych, ale to już inna bajka. Mam świadomość, że to może być też sprawa mojego gustu i po prostu nie podobają mi się żadne buty dostępne w popularnych sklepach obuwniczych. No cóż, z tym się już muszę pogodzić. Albo zacząć samemu szyć buty ;)

Na tym chyba zakończę mój przydługawy wywód. 
Jeśli macie podobne spostrzeżenia co tematu, który poruszyłam, to napiszcie proszę w komentarzu kilka słów. Chciałabym się dowiedzieć, czy z moimi bolączkami jestem sama. Jeśli jest coś co wkurza was drogie vitalijki i drodzy vitalianie, a o czym nie wspomniałam, też proszę napiszcie o tym w komentarzu.

Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę mniej wkurzających sytuacji!

Dodaj komentarz

Jak wy to robicie dziewczyny?

20 marca 2012 , Komentarze (9)

Lekki dół, bo waga uparcie stoi od 3 tygodni. W tym tygodniu ją ruszę! Muszę!
Zdenerwowawszy się na to szklane ustrojstwo z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem pokazującym wciąż taką samą liczbę postanowiłam zacząć brzuszkowanie. O zgrozo!
Zachęcona opiniami o metodzie kratkowania złapałam za kartkę i ołówek, podpisałam ją pięknie jako raport z brzuszków na marzec i dawaj!
Jakie było moje zdziwienie i rozczarowanie zarazem, gdy udało mi się zrobić tych brzuszków zaledwie 80. Marne 8 kratek 
Przez następne dwa dni nawet zaśmiać się było ciężko przez te zakwasy dziadowskie.
Drugie podejście zaowocowało wymęczonymi 10 kratkami, trzecie 15.

No i zakiełkowało u mnie w główce ziarno z pytaniem :

Jak dziewczyny są w stanie zrobić po tysiąc albo i więcej brzuszków dziennie??!!

Ja nie potrafię  chlip.
Dodaj komentarz

Nie mogę :(

22 lutego 2012 , Komentarze (1)

Znów nie mogę się ogarnąć. Projekty na studia nie pokończone, w mieszkaniu jak w chlewie, w pracy też terminy gonią...a ja nic. Nie mogę ruszyć o krok ;(
Dziś mi strasznie smutno
Dodaj komentarz

ŻRĘ !

19 lutego 2012 , Skomentuj

Tak, tak, dobrze przeczytałyście. Właśnie żrę. Marchew :D
A czemu "żrę" a nie "jem"?
Od pół roku jestem szczęśliwą posiadaczką górnego łuku aparatu stałego, a od dwóch tygodni noszę też dolny łuk. W związku z powyższym czynności gryząco-żujące wyglądają u mnie ciut dziwnie:) O ile przyzwyczaiłam się już do jedzenia wszelkich produktów w łukiem górnym (nawet jabłka wpierdzielałam), to dolny jeszcze odrobinę mi to utrudnia.
A tu jeszcze marchew w planie diety. 
Niestety zimowe warzywa nie przekonują mnie ani smakiem, ani "konsystencją". Ostatnio jak kupiłam marchew to po obraniu i pokrojeniu w słupki była prawie nie do przeżucia. Gumowa jakaś taka i wcale nie była smaczno-marchewkowa. Z tego względu postanowiłam się przerzucić na (niestety dwa razy droższe) marwitki. Tu smak jak i chrupkość jest ok.
No i wrzucam sobie teraz maciupką marcheweczkę za marcheweczką do zadrutowanej szczęki i mielę, mlaskając przy tym niemiłosiernie. Mój mężczyzna dostaje szału, jak to słyszy, ale niestety inaczej jeść nie będę. Przynajmniej do czasu, aż zapomnę, że noszę też dolny łuk aparatu :)

Pozdrawiam dziś wszystkie vitalijkowe aparatki :)
Dodaj komentarz

Jestem głodna :(

18 lutego 2012 , Komentarze (1)

Jestem dziś głodna jak wilk. Zjadłabym..... cokolwiek. Plan diety na dziś rozczarował mnie kompletnie. Wiem, że jestem na diecie i powinnam dzielnie znosić takie wołanie żołądka o cokolwiek, ale do tej pory nie miałam jeszcze dnia z takim głodem :( Spróbuję oszukać żołądek wodą i czerwoną herbatą.
Kompletnie nie działa na mnie ta nowość vitaliowa, czyli VitaMotywacja. Nie wiem, czy to nie aby nietrafiony wymysł.
Do tego przywiozłam podarunek od rodziców w postaci jakiegoś paskudnego zarazka. Chodzę teraz i kaszlę. A tak bardzo mam ochotę na rower dziś. W końcu śnieg stopniał i można by zrobić parę km.
Waga w miejscu. Znowu. :( Straszny ze mnie spaślak :(
Dodaj komentarz

Trochę lepiej

12 lutego 2012 , Skomentuj

Wychodzę z dołka. 
W ramach relaksu wybrałam się w odwiedziny do rodziców :) Niestety wiąże się z tym zarzucenie diety. Ale od jutra powracam.
Z mężczyzną chyba lepiej.
Tylko z tymi studiami ciężko. Tak już mi strasznie się nie chce. 
Wszystko robię, żeby tylko przypadkiem czegoś się nie nauczyć. Cóż...

Dodaj komentarz

Zanosi się na rewolucję

9 lutego 2012 , Komentarze (2)

Dziś wcale nie bardziej optymistycznie niż ostatnio.
addictedd - dzięki za komentarz. Pobuszowałam po nim w twoim pamiętniku i gdzieś przez głowę przeleciała mi myśl, że powinnaś chyba odpuścić sobie tego faceta. Potem pomyślałam, że w zasadzie nie mogę tak na to patrzeć, bo nie znam wszystkich szczegółów, a jedynie odniosłam jakieś ogólne wrażenie na temat tej sytuacji z Twojego pamiętnika. Później jeszcze pomyślałam, że w zasadzie gdyby jakaś postronna osoba popatrzyła na mój związek to też zasugerowałaby mi rozstanie. No i znów wyszło jak w przysłowiu - "Przyganiał kocioł garnkowi". Smutno.
A jak smutno, to znów się wyżalę. 
Dziś dowiedziałam się, że mój mężczyzna znów ma w nosie swój proces edukacji. Po tym, jak spadł na studiach 1,5 roku, a przez pół roku uparcie twierdził, że nadal studiuje oszukując mnie perfidnie i z premedytacją, ciężko jest mi zaufać mu w jakiejkolwiek kwestii dotyczącej studiów. I tak dziś przez przypadek (poprosił mnie o włączenie swojego komputera, bo potrzebował coś z niego ściągnąć będąc w pracy) wyskoczyła mi wiadomość z komunikatora, że starosta roku prosi go o kontakt w sprawie jakiejś poprawki. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Zapytałam go o to - stwierdził, że już to zaliczał i będzie miał przepisaną ocenę. No ok, ale przecież jutro jest ostatni dzień sesji, a wpisu w indeksie nie widać. 
Wyszło na to, że osobnik, z którym jestem, kompletnie nie ma pojęcia o jakichkolwiek terminach związanych ze swoimi studiami, nie interesuje się wcale wynikami egzaminu poprawkowego, który napisał 1,5 tyg. temu i w ogóle to hulaj dusza piekła nie ma.
Czasem mam wrażenie, że on żyje zawieszony gdzieś w jakimś świecie, o którym ja za grosz nie mam pojęcia. 

I dziś wreszcie usiadłam i zastanowiłam się, czego oczekuję od życia, związku i mężczyzny, który będzie to spajał. A zatem:

Pragnę urodzić dziecko. Teraz, zaraz. Wiem, wiem :) ciąża trwa 9 miesięcy. Ale o to właśnie chodzi, chcę zajść w ciążę. Chciałabym też, aby osoba, która się do tego przyczyni była w pełni zaangażowana w ten proces, albo wykazała chociaż cień entuzjazmu z tym związany. Po prostu, żeby była na to gotowa. Mój obecny twierdzi, że nie jest :(

Chciałabym, aby to wreszcie ktoś zatroszczył się o mnie. Dotychczas to ja myślę o opłaceniu na czas rachunków, zrobieniu zakupów, o tym co będzie na obiad, o karmieniu zwierzaków, o planowaniu wakacji i weekendów, o naprawie niedomykających się szafek w kuchni, o wymianie wody w akwarium, o zakupie czujnika temperatury wody w chłodnicy do auta, o złożeniu zakupionego mebla... że o praniu i innych obowiązkach domowych nie wspomnę. A tak bardzo pragnę, żeby to ktoś za mnie pomyślał chociaż raz. Żeby mnie czymś zaskoczył, ucieszył. I żebym nie musiała po raz setny powtarzać, że chciałabym aby coś zrobił. Mój zawieszony w dziwnej myślowej mazi mężczyzna nie dostrzega przyziemnych potrzeb i obowiązków :(

Wiem, że gdzieś są tacy mężczyźni. I nie wiem, czy mam czekać na jakąś odmianę, czy przeprowadzić wspomnianą w temacie dzisiejszego odcinka rewolucję? 

Jeśli dobrnęłaś/dobrnąłeś do tego momentu - napisz proszę, co o tym sądzisz w komentarzu. 

Dodaj komentarz

Gdzie złapać radość?

7 lutego 2012 , Komentarze (1)

Dobija mnie chyba wszystko. Poza pracą w zasadzie.
Chyba wraz z hektolitrami herbaty, która miała mnie rozgrzać tej zimy, wlała się we mnie szarobura depresja. Siedzi teraz gdzieś w okolicach mojego żołądka i sprawia, że czuję się coraz gorzej. Wracam z pracy do domu i zaczyna panoszyć się w moim ciele i przedzierać do mózgu. Wychodzi oczami w postaci łez. Sama nie wiem, dlaczego płaczę, nie wiem, dlaczego jest mi źle. Wiem tylko, że jest. Przez to ustrojstwo nie mogę się skupić na pisaniu projektów zaliczeniowych na studia. A przecież są ciekawe i wcale nie aż tak trudne. I nic nie pomaga, siedzę i ryczę.
Mój mężczyzna zachowuje się tak, jakby nie widział, co się dzieje ze mną. Albo nie chce widzieć. W każdym razie na pewno nie potrafi mnie z tego wyciągnąć. Ciekawe, czy są jeszcze gdzieś na świecie mężczyźni, którzy potrafią czynić takie cuda. Gdybym była w trakcie poszukiwań mężczyzny moich marzeń, szukałabym takiego, który tak potrafi. A najlepiej jeszcze, żeby choć trochę lubił porządek. I kochał koty. 
Nawet jeść już się nie chce. Nawet czekolady.

Gdzie się schowałyście, Szczęście i Radość? 

Tak napisałam, bo każdy czasem chce się poużalać nad samym sobą.
Dodaj komentarz

Powrót, niestety chyba na tarczy

1 listopada 2011 , Komentarze (1)

No i wracam pokonana. Niestety nie dokończyłam poprzedniego odchudzania, pomimo, że do celu zostało mi nie wiele, bo ok. 5 kg. Etap ten zakończyłam w kwietniu. Od tego czasu przytyłam znów 9 kg :( Postanowiłam więc znów wziąć się za siebie i dobić do upragnionej 60-tki :)
Dlaczego zarzuciłam wcześniej dietę? Oj, dużo się działo. 
Po pierwsze - przeprowadzka. Szalone dwa (a nawet trzy) tygodnie załatwiania, nerwówki o pieniądze, pakowania i przewożenia. A to tylko drugi koniec miasta. 
Po drugie - chaos w domu - przygarnięta przyjaciółka, która chwilowo dachu nad głową nie miała, przenosiny jej rzeczy do naszego mieszkania, ciągłe imprezy (przynajmniej do początku lipca;))
Po trzecie - nowa praca - niestety siedząca. Tu muszę przyznać, że wyszło mi to zarówno na dobre jak i na złe. Na dobre, bo stałam się bardziej zorganizowaną osobą. Na złe, bo jednak siedząca praca, mniej chęci do przygotowywania posiłków po pracy, więcej pieniążków na słodkie przyjemności.
No i na koniec wakacje we Włoszech, gdzie przepyszne jedzenie w postaci makaronów i pizzy zaoowocowało po tygodniu wzrostem wagi o prawie 4kg.

Tym razem postaram się wytrwać do końca, a może nawet jeszcze dłużej, bo wiem, że vitalia może czynić cuda;)
Dodaj komentarz

Aktywnie ;)

12 marca 2011 , Skomentuj

Hej kochane! W związku z tym, że od paru tygodni chudnę zaledwie 0,5kg/tydzień postanowiłam trochę się poruszać. Jako, że za oknem coraz słoneczniej i cieplej wybrałam się z moim mężczyzną  w piątek na basen. Popływałam 45 minut żabką (bo niestety kraulem nie potrafię:( ) i odkryłam 3 rzeczy:
pierwsza: ból w lewej dolnej części pleców przy poruszaniu lewą nogą (rozchodził się do biodra przy machaniu nóżką)
druga: kondycja ma na bardzo niskim poziomie stoi - można powiedzieć właściwie, że ona leży
trzecia: po 15 minutach niesamowicie bolały mnie ramiona
Co do 1 - przyczyną może być niewygodna kanapa:(
Drugi punkt da się jakoś poprawić, nad czym postanawiam popracować.
Trzeci - nie mam mięśni w ramionach (zakwasów też nie było na drugi dzień).

W ramach realizacji postanowienia o kondycji wybrałam się dziś na rolki. Zrobiliśmy 6 kilometrów średnim tempem, co dla mnie - początkującego rolkarza - spory wyczyn. Niestety nie obyło się bez brutalnego zetknięcia z ziemią po uprzednim osiągnięciu zbyt dużej prędkości (zjazd z górki). Efektem tego posiadam na nadgarstku piękny placek zdartej skóry, zupełnie jak dziecko. Wyniosłam z tego naukę na przyszłość: kup babo ochraniacze i kask!
A jutro może znów rolki, zależy na ile obowiązki pozwolą. Dodatkowo na wieczór zaplanowany basen. 
Dziś zaczęłam też A6W. Kiedyś dawno dawno temu dotrwałam do 24 dnia. Teraz mam nadzieję ją skończyć i mieć piękny brzuszek :)
Jeśli po takich aktywnościach waga co czwartek nadal będzie tak oporna jak dotychczas to nie wiem, co zrobię. Póki co jestem pełna nadziei ;)

Pozdrawiam wszystkie czytające i życzę jak najwięcej słonecznych dni.
Dodaj komentarz