Trzeci dzień przyznaję się na forum do osiągnięć "dietowych". Sumujemy punkty za odpowiednią diete, ilość ćwiczeń, wypite płyny i brak słodyczy. Uważam to za super bacik na pokusy. Wreszcie pilnuję żeby pić coś poza kawą ;-) ale kompletnie nie wiem jak zebrać się do galopu z ćwiczeniami?!
Mam dwóch urwisów, 3 latka i 1,5 roczku, i jak kończy się dzień biegania za nimi, gotowania, bawienia, sprzątania, kąpania itd. itd... to ja już nie mam siły NA NIC! I kiedy mam zadbać o siebie? Jak jest dzień kiedy mąż jest 24 godziny na służbie i toczę tą nierówną walkę sama to wieczorem marzę tylko o jednym - wygodnym fotelu (z którego piszę te słowa)! Nie mam już siły robić brzuszków, kręcić hulahop ani nawet dowlec się do orbitreka który stoi w salonie pożyczony do osiągania wielkich celów...
I tak jakoś ponuro kończy się ten dzień. Deszcz pada, dzieci śpią, w domu cisza jak makiem zasiał, bo po całym dniu nie mam nawet ochoty włączyć radia, a mi się nie chce nawet ruszyć palcem skarpetce. I tylko pytanie mi się nasuwa - czy ja jestem tak beznadziejna że nie potrafię zrzucić wagi po ciąży zajmując się tylko domem? Przecież tyle babeczek po urodzeniu dzieci wygląda fenomenalnie, a ja... pożal się Boże....
Witajcie walczący z kilogramami!
Dziś moje pierwsze kroki w tym serwisie, ale chyba warto spróbować złapać się ostatniej deski ratunku?!
W skrócie ale od początku... Odchudzam się chyba od zawsze, często z niezłym skutkiem, a przynajmniej takim jaki mnie zadowalał. Ale 4 lata temu zaczęły się schody. Wyprowadziłam się do innego miasta, urodziłam dwóch synków i siedzę cały czas w domu bo nie zdążyłam w nowym miejscu nikogo poznać. Siedzę na coraz większym tyłku i z coraz większym dołem... Nie nadaję się na kurę domową więc taka rzeczywistość strasznie mnie przytłacza i nie mam żadnej motywacji do działania. Od drugiego porodu minęło już prawie półtora roku a ja już 5 razy zaczynałam diete. Może nie jest jeszcze tragicznie, bo ważę teraz 78 kilogramów, ale ostatnio mój mąż powiedział: "Jak ty wyglądasz, weź się za siebie..."
Wołam więc RATUNKU!!!
Potrzebuję kopa a może kogoś, bo w kupie raźniej...
Sama nie dam rady, już nie mam siły walczyć z wiatrakami...