wczoraj luba ciotka wylądowała za SORze na serducho. Okazało sie że to więcej nerwów jak to warte, ale dzień rozpierdzielony, bo trzeba było pojechać i zająć się babcią puki się nie wyjaśnilo. Z nerwów dostalam okresu. % dni przed terminem.
Dobrze że choć dziś udało mi się wyjść na króki spacerek z przyjaciólką i jej malym. We łbie się kręci....tryb lenia trwa....
słonko grzeje, a ja siedze na dupie w domu bo coś kwitnie. Mam wybór: albo chodzić z wysypką, zatkanym nosem i swędząca, albo łyknąc alertek i chodzić jak po obaleniu pół litra...
Przyznaję się bez bicia do obalenia w weekend całej tabliczki gorzkiej, dodatkowo zjadłam troche glutenu no i mnie zatkało...dobrze mi tak, mam za swoje.
i dupa rośnie....
.....warzyw!
Serio, tak mnie wczoraj po powrocie do domu złapało, że pochłonęłam
-spora porcje ćwikły do obiadu
-słoik zielonych pomidorków
-litrowy sloik fasolki szparagowej
-jabłko na dokładkę.
Daj mi panie Boże więcej tego typu kompulsów. Czekolada leży odłogiem 
Humor mi sie poprawił po niedzielnym spacerze z przyjaciółką. Pogadałyśmy. powiedziała mi parę cennych rzeczy, tak sie cieszę że ją znam
Na dokładke od jej synka dostałam parę spontanicznych buziaków, wczesniej mu sie to nie zrazyło, więc się normalnie wzruszyłam.
waga stoi, przynajmniej nie rośnie...powoli zaczynam znowu ćwiczyć, ale mam takiego niechcieja że ojoj. zachcianek o dziwo nie słodkie a kwaśne- ogórki, kaputa , cytryna nawet. Od tygodnia nie mogę sobie z tym poradzic
Na długi weekend zapowiada sie ładna pogoda, pozapierniczam troche na działce, rozruszam sie..Kurde, jest tak ślicznie, a ja walczę z chandrą...gdzie tu sens?