ale może jeszcze ze dwa słowa na podsumowanie weekendu.
A więc: weekend zaliczony, jutro trzeba znów do pracy. Najgorzej, że zimno bo poniżej zera spada temperatura - Irlandczycy maja problem z zamarzajacymi szybami, a ja z jazda na rowerze. Ale czego sie nie robi... jak sie nie ma wyboru;) Czasami mysle sobie, ze z tym rowerem to jednak mam szczęście. Jak tak sobie czytam, że wy musicei wstawać wcześniej, żeby poćwiczyć, albo obiecujecie sobie wstać wcześniej a później nie wychodzi... Ja mam na odwrót. To, że rano ćwiczę ponad pół godziny pozawla mi pospać jakieś pół godziny dłużej. A jak już pośpię pół godziny dłużej to muszę na ten rower iść, co by się nie działo, bo inaczej spóźniłabym się do pracy.
Oczywiście takie myśli nachodza mnie dopiero później, jak już zejdę z roweru i ustawie go w bezpiecznej odległości. Jakoś nigdy mnie nie nachodza, jak walczę z żywiołem, moknę, deszcz zacina w oczy tak że nic nie widać, albo wyrywam wiatrowi na siłę każdy przejechany metr, albo jak mi palce zamarzaja na kierownicy, to też takie myśli mnie nie nachodza. Ciekawe dlaczego:)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich rowerzystów:)
