7 sierpnia 2008 11:17:32
... przedwczorajsza waga: 73 kg, wczorajsza: 73,7 kg, dzisiejsza - nieznana... zapomniałam się zważyć przed śniadaniem... ale nic w tym dziwnego, bo śniadanie jadłam o 5 rano... wstałam w ogóle po czwartej, żeby Tomkowi zrobić kanapki na drogę, bo pojechał dziś na promocję swojej siostry do Koszalina (10 godzin w pociągu - szybciej człowiek do Stanów doleci, ale co zrobić)
... byłam dziś u mojej Pani Doktor - waga pokazała tam 75,9 kg (!) ale poza tym wszystko w porządku - serduszko bije równomiernie, nie ma czynności skurczowej, główka na dole... bardzo nisko... Pani Doktor przewiduje, że poród nastąpi między 4 a 10 września... czyli za miesiąc lub nawet mniej... z jednej strony wielka radość, z drugiej chyba jeszcze większy strach... czy w ogóle dam radę to Dzieciątko wyprzeć, czy nie zwariuję z bólu, czy będzie z nim wszystko ok... i ze mną... na moje dość słabe wyniki dostałam żelazo... i zapomniałam zajść do apteki po drodze... to nic, wieczorem jadę na wykład w szkole rodzenia... mam za sobą już trzy... na dwóch byłam z Tomkiem - On też jest pod wrażeniem :) pierwszy dodatkowo mnie wystraszył, bo był na temat porodu - zdjęcia, schematy, jak się odbywa przechodzenie dziecka przez kanał... i informacja, że w Białymstoku wszędzie nacina się kobiety, które po raz pierwszy rodzą... drugi bardzo wesoły, prowadzony z humorem o kąpieli dziecka i wczoraj spotkanie z ginekologiem na temat faz porodu, znieczulenia, cięcia cesarskiego... ale już bez zdjęć...
... przede mną dwa samotne dni (w sumie już półtora)... Tomek wraca pojutrze rano... planowałam jechać na jutrzejszy dzień do Rodziców, bo jutro nie ma wykładów... ale nie wiem sama, czy ryzykować czterdzieści minut w autobusie... w sumie siedzenie tu samej też jest pewnym ryzykiem...