Kiedyś był taki film, komedia z Jimem Carrey`em, ale ja nie o tej masce chciałem. Moja sąsiadka na imieniny została obdarowana maską, nie taką do straszenia, ale taką do wygładzania skóry twarzy. Jej koleżanka przyszła z tajemną miksturą, czarną miseczką, jakimś mieszadełkiem, zalała dziwny proszek wodą, wymieszała i nałożyła jasnoniebieską (chyba - faceci zawsze mają problemy z kolorami) maź na twarz. Niby jakieś algi, niby peeling, nie wiem, nie znam się na tym, podobno w gabinecie kosmetycznym taki zabieg parę ładnych groszy kosztuje (a co nie kosztuje - za darmo to można tylko w ...mordę dostać!). W pewnym momencie maź zastygła i przypominała wspomnianą maskę z filmu, tylko, że sąsiadka nie miała takiej werwy, jak filmowy bohater z maską. Mało tego biedna kobieta musiała to trzymać na twarzy i nie mogła się odzywać! Czujecie? Pół godziny bez gadania? Jej rodzinka wykorzystywała jej chwilową niemoc żartując sobie z niej, szczególnie małżonek wykorzystywał chwile, gdy współmałżonka nie mogła mieć ostatniego (jak to zwykle bywało) zdania. Odbiła sobie to po ściągnięciu maski, oj sobie pogadała. A wyobrażacie sobie co by było, gdyby tak zapomniała ściągnąć tę maskę i wyszła do ludzi? Już nie chodzi o wygląd pogadać nawet by nie mogła!
Czy wspomniany film, czy zabieg nakładania na twarz cudownych mazi jest dla mnie równie egzotyczny, co fantastyczny, jakoś mało mnie przekonują tego typu zabiegi, ten typ maski, który nie pozwala kobiecie się odzywać przez pół godziny wymyślił biedak, którego żona była niczym katarynka, nadawała na okrągło, prawdopodobnie te składniki, które miały zostać wchłonięte przez skórę, zostały wchłonięte, a reszta to czary i magia...