Całym sercem Was przepraszam, że nie dawałam żadnych znaków życia. Miałam wrócić, a jednak znowu nawaliłam.
Opowiem Wam co się u mnie działo przez ten cały czas.
W wakacje pojechałam do przyjaciółki do Opola i byłyśmy razem na Dukanie. po 2 tygodniach jedzenia około 700 kcal i biegania zrzuciłam jakieś 5 kg. Ważyłam już 67 kg. Wróciłam z Opola i stwierdziłam, że straciłam chęć do życia i jestem osłabiona przez tą dietę. Podjęłam decyzję, że przejdę na zdrową dietę+ sport.
Po 2 tygodniach takiej diety przybyły mi 2 kg! :O
(biegałam około 5 razy w tygodniu po 45 minut).
Strasznie mnie to zdemotywowało. Moje starania poszły na marne.. stwierdziłam, że tak przez Dukana spowolniłam metabolizm, że już nie schudnę. Zaczęłam wpychać w siebie ogromną ilość jedzenia. Potrafiłam zjeść naprawdę masę rzeczy, ale to nie dlatego, że miałam ochotę na to tylko miałam już taką psychikę zrujnowaną przez to odchudzanie że chciałam nadrobić te wszystkie miesiące odchudzania i zjeść wszystko czego nie mogłam. Pomimo tego, że podczas diety nauczyłam się jeść ciemny chleb i ryż i bardziej mi to smakuje niż makaron i białe pieczywo to jadłam to drugie, bo wiedziałam, ze wcześniej mi tego nie było wolno. I tak z wagi 67 wzrosło do 76.6... Wytrzymywałam na diecie max. 3 dni, a potem znowu kompulsy. Nie mogłam wrócić do siebie. Nie wiem czy mnie pamiętacie, ale wcześniej byłam tak zaparta że potrafiłam siedzieć kilka razy w tygodniu po 4h na siłowni i 0 kompulsów.. a później? okazałam się mięczakiem.
Pomimo tego, ze przechodziłam na diety zdrowe to po 3 dniach twierdziłam, ze to nie ma żadnego sensu, bo i tak nie schudnę przez to, że byłam na dukanie. Podjęłam decyzję- pójdę do dietetyka. Byłam tam dokładnie 10 listopada. Od następnego dnia rozpoczęłam dietę. Minęły równe 3 tygodnie od tego czasu. Teraz wszystko wróciło do normy. Stosuję się do jego zasad i schudłam już 4,6 kg. W miarę możliwości staram się ćwiczyć, ale teraz tego czasu mam bardzo mało ze względu na to, że robię prawo jazdy (egzamin mam 27 grudnia!!
) i jestem w klasie maturalnej.. więc dużo nauki. 21 stycznia mam studniówkę. Za 7,5 tygodni. Jeszcze trochę czasu, żeby pozbyć się zbędnego balastu. Cieszę się, że w końcu wszystko wróciło do normy. Jeśli już 3 tygodnie wytrzymałam to te kilka miesięcy też wytrzymam. Najgorszy dla mnie jest początek, bo potem widzę efekty i dążę uparcie do celu. Za wcześnie żeby to mówić, ale już powoli wychodzą mi kości policzkowe :
Jeszcze 3 tygodnie temu miałam taki Pućki, że heej! :D Przepraszam Was, że nic nie pisałam. Wasze pamiętniki regularnie odwiedzałam, ale nigdy nie komentowałam. Sprawdzałam jedynie co u Was. W miarę możliwości będę starała się tutaj coś naskrobać.
Całuję Was Wszystkie!!
Wklejam kilka motywujących fotek, które znalazłam w pamietnikach. :)