Wystarczyło znów zmienić sposób patrzenia na jedzenie i waga leciiii....
Strasznie się cieszę! Waga po sniadaniu, lunchu i obiedzie pokazała 62,5 kg 
Wracam do gry! ZERO PIWA, ZERO SŁODYCZY I MÓJ PLAN :)
Musi się udać. Może w końcu dotrę do celu... Do tej upragnionej 5 z przodu tych 59 kilo... Tak mi się marzy...
Dziś troszkę zaszalałam z kaloriami, ale to nic. Nie przekroczyłam 1300 kcal więc tragedii nie ma. Najważneijsze że jem zdrowo, mało i często. Tak jak założyłam.
I nawet oparłam się pokusie skosztowania przepysznego ciasta u Żonki chrzestego naszej Julci

No dobra, zjadłam łyżeczkę bo było jej przykro-
"Stałam przecież tyle, specjalnie dla Was upiekłam, spróbuj chociaż kawałeczek"
Chwyciłam więc łyżeczkę i dziabnęłam najmniejszy kęs jaki mogłam nabrac na łyżeczkę.
Resztę zjadła Julcia na spółę z córcią chrzestnego.
Ale to było popołudniu...
Teraz siedzę sama z kubkiem zielonej herbatki (Mężulek pojechał do pracy, niestety pilne zlecenie, terminy gonią więc trzeba...) Oby tylko te nocne zmiany przełożyły sie na grubość naszego portfela...
Aaaaa.... Zapomniałam dodać, że odkryłam świetną stronkę na forum Vitalii.
IleWaży.pl - świetna jest. Polecam. Każdy porodukt mierzony na dłoni, w szkalnce czy łyżeczce ma podaną kaloryczność, ilość tłuszczy, węgli, białek... Super sprawa. Nie trzeba liczyć, kombinować. Naprawdę bardzo polecam.
A teraz zmykam się prysznicować.
Jutro lecę z Mężulkiem na kolację i do kina... Pierwszy raz od narodzin Julci, wieczór TYLKO WE DWOJE!!! Zamówię pewnie sałatkę albo coś w tym guście. Przeciez nie wezmę tylko wody... Heh... Na szczęście Mężulek wie wszystko i nie bedzie kręcił nosem, że wymyślam sobie kosmiczne problemy (bo przecież od ziemniaków z boczkiem wcale nie utyję)...
Na szczęście tak było kiedyś...Dziś... No cóż... Zmienił sie pod tym względem trzeba mu przyznać.
Dobra bo znów się rozpisałam.
Trzymajcie się Kochani :***
|
||||||||||||||||