Wczorajszy dzień, a w zasadzie
wieczór to była
istna rozpusta! Luby troszkę wyczuł, że jestem nie w sosie z powodu jego niekończących się zajęć związanych z autem. Postanowił zaprosić mnie na lody. I wszystko byłoby OK gdyby nie fakt, że do lodziarni w pobliskiej nam Zielonej Górze. Pojechaliśmy z parą przyjaciół... Ludzie...
zżarłam wielki puchar lodowy - ależ był pysznyyyy...
"Banana Cup" się nazywał. Potem
wielka szklana mrożonej kawy oczywiście
z lodami i bitą śmietaną. Po lodziarni pojechaliśmy do kina. W oczekiwaniu do kina (mieliśmy ponad godzinę do seansu) poszliśmy na
hot-doga. Tez był dobry... A w kinie co? Oczywiście
popcorn... i
0,5l Coli... nawet nie light tylko zwykłej. A jak! Ale tylko trochę zjadłam tego popcornu bo już miałam dość wszystkiego.
Jak wracałam do domu to czułam się
jak wieloryb. Ale w trakcie wypadu mózg mi się chyba wyłączył.
A w kinie byliśmy na sławnej już
Incepcji z
Leonardo DiCaprio. No muszę powiedzieć że film całkiem całkiem... Taki coś innego niż te wszystkie amerykańskie strzelanki, pościgi i bijatyki. Trzeba się skupić na tym filmie żeby zrozumieć i się nie pogubić. Ale polecam! Szczególnie fanom filmów takich jak hm... np. Matrix. Surrealistyczny lub jak kto woli tzw.
Szajsen - Fiksen :P Tak moja babcia mówiła na filmy w stylu Sci-Fi.
A dziś... wieczorem oczywiście!
Szykuje się imprezka. Imieniny koleżanki.
I nie obędzie się bez grillowanej kiełbachy i piwa albo wina... Jakoś przeżyje :)
Ściskam i całuję :*
