Tak bardzo dzisiaj starałam się zjeść nie za mało kalorii, że chyba lekko przesadziłam:). Ale nie mam nawet najmniejszych wyrzutów sumienia... Zobaczcie same z resztą:):
Śniadanie: jogurt + otręby żytnie + zarodki pszenne + sezam (164 kcal)
2gie śniadanie: parówka, kromka chleba żytniego razowego z masłem + cykoria i sałata polane jogurtem greckim + musztarda + podwójny magnez (bo mam od wczoraj jakieś potworne tiki praktycznie bez przerwy i też z tego powodu staram się nie jeść za mało 340 kcal)
Do kawy: 2 gałki lodów bez wafelka. Małe i pistacjowe (80 kcal).
Na zdrowie: jabłko i marchewka (jakieś 90 kcal).
Lunch (no nie wiem, w każdym razie przed obiadem): galaretka agrestowa + kanapka żytnia razowa z masłem, pasztetem z cieciorki i sałatą (205)
Obiad(okolacja): To jest wynik fuzji moich ostatnich toskańskich fascynacji spowodowanych książką Ferenca Mate i pociągu mojego mężczyzny do potwornie pikantnej tajskiej kuchni. Fettuccine (o zgrozo! 240 kcal, o ile zjadłam tyle ile mi się wydaje, że zjadłam) z bananowym curry z kurczakiem (oceniam na jakieś 330 kcal, ale przyznaję uczciwie, że nie policzyłam) + sałatka z jabłka i selera z imbirowym winegretem (70 kcal). No i chyba najlepsze białe wino, jakie ostatnio (albo i w ogóle) piłam. Na szczęście w porę się zorientowałam, że trochę przesadzam i nie wypiłam pół butelki, a jedynie 175 ml (137 kcal).
Razem 1656 kcal. Mogłam nie jeść tych głupich lodów chociaż, to by było ok. W sumie i tak jest ok. Mam nadzieję, że ten sos to tak z góry oszacowałam raczej niż z dołu. I chyba faktycznie i to jeszcze z dużym okładem. Może mi chociaż te tiki przejdą do jutra.