Ufffffffffffffffffffffffff.....................Juz po stresie.
Wczorajszy egzamin z hiszpanskiego trwal 5 godzin. Testy, proby pisemne, sluchowe itp. Spodziewalam sie troche latwiejszego poziomu sadzac po egzaminach z lat poprzednich. Nie wiem jak mi poszlo nie moge tego sprawdzic bo zabrano mi wszystkie notatki, nawet brudnopisy. Materialu bylo za duzo zeby to wszystko zapamietac i sprawdzic w domu rezultad. Wyniki dopiero za miesiac.
Podczas ostatnich dni zaniedbalam dokladnie wszystko tak wiec dzisiejszy dzien pod haslem
WIELKICH PORZADKOW!
Co do stanu wojennego, to wracam do bitwy! Zachecona wczorajsza mala wygrana. A bylo tak:
Egzaminy rozpoczynaly sie 7:45 rano wiec wstalam o 6:00 zeby spokojnie miec czas na przygotowanie sie. Po malej czarnej wylazl ze mnie caly stres i tak jak prawie nigdy spedzilam dokladnie godzine w kibelku z usmiechem na ustach spuszczajac w otchlanie rurociagow mojego wroga -
Kilogram. Po wygranej wlazlam na wage i zobaczylam mete mojej diety- 57kg

. Odstresowalo mnie to troche i nastawilo pozytywnie na egzamin.
Niestety- Kilogramy jak koty nie wiem tylko ile zyc maja. W kazdym badz razie wrog zmartwychwstal. Wszystkiemu winny moj partner i moja slaba wola. Wczorajszy dzien byl cudowny, upalny i wieczor jeszcze lepszy taki orzezwiajacy. Po egzaminie odebrala mnie Moja Milosc i zaprosila na tapas do baru. Tak to reszte wczorajszego dnia spedzilam na miescie pijac i jedzac. I dzisiejszy wynik 58kg nie dziwi mnie wcale.
W czerwcu drugi egzamin przedemna z turystyki w Polsce.
Na razie musze zakasac rekawy i posprzatac caly chaos co mnie otacza.
DO ROBOTY!