| Odwiedzin: | 650384 |
| Komentarzy: | 11757 |
| Założony: | 16 marca 2009 |
| Ostatni wpis: | 27 maja 2012 |
Masa ciała
...no tak.
Wystarczyło kilka dni się nie ruszać. Wystarczyło kilka dni ociupinkę więcej jeść. Waga mi urosła. Niewiele. Ale dosyć, by zepsuć humor. Napełnić wstrętem do samej siebie. Brrrr... ... jestem ohydną rozlazłą tłustą plamą oleju na nieskalanym krysztale rzeczywistości....
W ubiegłą środę zrobiłam 45 kilometrów, w czwartek tylko 27 z ogonkiem. W piątek, ehhh, co będę pisać o piątku. Potem deszczowa leniwa sobota na rancho, żadnej kosiary, żadnego ogniska. W niedzielę podobnie, znaczy słonce było, ale trawa mokra i taki przeszywający wiatr z zachodu i północy. Znowu brrr. Na rower wróciłam dopiero wczoraj, ale tylko lajtowe 28 km.
I przez 2 dni pozwoliłam sobie na więcej jedzenia. Och mam czasami taką niesamowicie silną wolę - rządzi mną, jak chce, cholera jedna. W zeszły czwartek zassałam 2069 kcali, a wczoraj 2060. Szkoda.
Ale sama sobie zmarnowałam ostatniomiesięczne osiągnięcia. Mogłam ważyć na koniec miesiąca poniżej 57 kilo, ważę prawie 58. Szlag mnie trafia. Na samą siebie.
Dzisiaj sprawdziłam na vitalii "Wskaźnik Całkowitej Przemiany Materii". Obliczyło mi, że powinnam przy moich wymiarach, wieku, itepe i mojej aktywności zasysać codziennie 2649,80 kcali. Daję słowo, te tabele przygotowywał ktoś nienormalny!!!! Na samą myśl o przekraczaniu 2000 kcali ja czuję, że tyję. I kęs brzoskwini drugośniadaniowej puchnie mi natychmiast w paszczy i staje w gardle, błłeeee.
Zaraz biegnę na czarownicowy rower, z całych sił nie chcę być w ogonie, tylko blisko czołówki. A jeżeli przy tym trochę kilo zgubie po drodze, to sam miód.
Z kotem, trzema siksami i mężem na rancho. Za duży deszcz na porządnego grilla. Za duży deszcz na koszenie trawnika. Za duży deszcz na podcinanie dzikiego wina. Za duży deszcz na zrobienie ogniska.
Kot zaginął na 4 godziny. Schował się przed deszczem w warsztacie i ani myślał na kicianie wracać. Pewnie myślał, ze kretynki go wołają i każą łapki moczyć w kałużach.
Deszczowe nicnierobienie. Zasypiam przy pasjansie. Zapalimy w piecu w kuchni i siądę sobie, w koc zakutana, na zapiecku.
Ach, wpełzłam jednak rano na wagę. Ze strachem. Patrzyłam z niewiarą na czytnik. Jeżeli ja - dnia poprzedniego najedzona do wypęku i napita - ważę o poranku tylko 57,4??.... To znaczy chyba, że SCHUDŁAM !??????? Pamiętam jak w czerwcu chyba cieszyłam się wariacko, gdy mi waga dolną granicę pokazała 57.
A teraz to samo pokazuje mnie nażartej.
Wczoraj wieczornonocnie 27 kilometrów na rowerze. Dzisiaj za dużo zassanych kalorii. Dzisiaj bez roweru, bo mnie moi faceci z godziny na godzine zwodzili, wnuczek, synalek oraz Pan i Władca. Dzisiaj za dużo roboty, jeszcze nie skończyłam. A jest już 23:22. Siedzę, z przerwami, przy kompie od 9 rano. Jeszcze z godzinę. Zaraz zamienie się w ludzkie gógle z funkcją zapisywania oraz umiejetnością rozpoznawania, która informacja jest istotna.
ZWARIUJĘ
na wagę jutro nie staję, to tak, dla higieny umysłu
Ona jest nienormalna, ta szklana waga. Raz stoi w miejscu i za żadną cholerę nie chce drgnąć. Innym razem przez tygodnie skacze radośnie w górę i w dół bez opamiętania i, co gorsza, bez powodu. Albo opada niespodziewanie, gdy, logicznie biorąc, powinna rosnąć.
Proszę bardzo:
Od powrotu z rejsu cały czas dieta 1200-1700 kcali, sporadycznie bywa przekraczana w górę lub w dół. Te kcale to są liczone razem z codziennymi prawie drinkami, czasem jest ich za dużo, ale ? taki lajf....
Na rowerze jeżdżę przez większa część tygodnia. Od 9 sierpnia przejechałam blisko 500 kilometrów, i w słońcu i w chłodzie wieczornonocnym, raz w deszczu, brrrrr. Trasy różne, i ścieżki rowerowe, i jezdnie, i trafiły się 2 downhile i raz jazda po wertepach i chaszczach koło bobrzych żeremi. Skóra na pośladkach niedługo zamieni mi się w pancerz, jak u jakiegoś gada.
A waga radośnie skacze w górę i dół, no i dzisiaj zrobiła mi przyjemną niespodziankę.
4 - 58,5
8 - 59,1
9 - 58,2
10 - 58,4
11 - 58,6
12 - 58,2
13 - 57,8, to drugi dzień okresu, więc spadek wytłumaczalny
14 - 57,3
15 - 57,8
17 - 57,2
19 - 57,4
20 - 58,1, skąd to ????
21 - 59,1, jakim cudem, do cholery ?????
22 - 58,8
23 - 58,4
24 - 57,9 uffff
25 - 57,6
26 - 57,9, a wczoraj były niemalże tylko owoce, dlaczego do góry ??
27 - 56,7, cztery razy stawałam, żeby uwierzyć własnym oczom ...
i niech ktoś mi powie, że proces odchudzania jest logiczny...
ps. Po wczorajszych 47miu kilometrach prawie mnie nie bolała pupa, czy to znaczy, że mi ta skorupka już się tworzy?... i jak na to zareaguje Pan i Władca???
Wczoraj przejechałam marne niecałe 24 kilometry. Dzisiaj nic. Muszę dać odpocząć skórze na pośladkach.
Wczoraj zassane 1267 kcali. Dzisiaj zassane 1148. Głównie owoce, jarzynki, pieczywo bez tłuszczu, szynka i drinki.
Waga jakieś nędzne rupie w dół. Cały najbliższy tydzień mam w domu wnuka, więc codziennie będą regularne obiadki. Oj, niedobrze. Oj, przeczuwam podjadanie. Oj...
A w dodatku jakiś marazm i niechęć do życia mnie opanowuje.
Zrobiłam dzisiaj rowerem ponad 50 kilometrów. Zasysam codziennie 1200 -1700 kcali. A waga rośnie. Ciutkę. Niewiele. Ale rośnie. A mnie szlag trafia!!!
Próbuję sobie tłumaczyć, że to wypełniają się masą mięśnie, lekko zaniedbane przez wakacje.
Być może. Ale i tak zła jestem. Tak być nie powinno!!! To niesprawiedliwe...
Dzisiaj wcześniej spać. Noooo, może nie tyle spać, co do łóżka. Pan i Władca wrócił.
20 sierpnia
Wczoraj na basenie dziecko się poparzyło. No, iście rasowa kretynka ! W Grecji 3 tygodnie leżała plackiem na decku płynącego jachtu, najczęściej toples i nawet jej skóra z nosa nie zeszła. A tu poszła na Warszawiankę na niecałe 5 godzin i wróciła mocno czerwona i z buraczkową twarzą. A w nocy ostry bólowy i łzowy atak poparzonych oczu. I spuchnięta cała twarz.
Od rana latanie po lekarzach, telefon do powinowatej okulistki, leki doraźne, apteka jedna i potem druga. Najgorsze, że dziecko cierpi.....
Sytuacja została opanowana popołudniem, wyrwałam się więc na rower dopiero przed 16. Zrobiłam 49 kilometrów i, "tradycyjnie" już, boli mnie tyłek. Tamto poprzednie siodełko było jednak o dwie klasy co najmniej lepsze, tyłek bolał tylko na początku sezonu albo po co najmniej 70ciu kilometrach.
Zrobiłam dzisiaj taką rewelacyjną zupę ogórkową, że sama z trudem powstrzymałam się od pochłonięcia drugiego talerza. Oni sie radośnie nie powstrzymywali i gar zupy na dwa, trzy dni już dolnym stanem świeci. Moje kochane wołoduchy
21 sierpnia
Dzisiaj też jest dzień, a ja od 12 powinnam być luźniejsza z czasem. Więc rower, rower, rower...
Gorsze jest to, że Pan i Władca wyjechał. Na dłużej. Na 2 dni. Na całe 2 dni.
Popołudniem zrobiłam 43 kilometry, z ogonkiem. W czasie drogi wypiłam tylko pół litra. po powrocie weszłam niebacznie na wagę i .... TRAFIŁ MNIE NA MIEJSCU NAGŁY SZLAG.
czy powietrze wdychane przeze mnie nie jest cokolwiek mocno kaloryczne ???????
skąd się wziął ten cholerny skok do góry???????
ide sobie, bo mnie cholera nosi...
No, ta kaszanka rzuciła się na mnie i taka pachnąca, gorąca, prosto z patelni, skwiercząca... sama mi wskakiwała do ust. Dwie porcje tak mi wskoczyły. W momencie wylizania talerzyka - doznałam ostrego ataku wyrzutów sumienia. Wskoczyłam na rower. Zrobiłam po ciemku 19 kilometrów z ogonkiem.
Co mi pokaże jutro moja szklana waga????
Acha, jutro ma byc bezchmurnie i słonecznie. Planuję sobie, by robotę przełożyć na popołudnie i wieczór, a w dzień ruszyć na dłuższą wycieczkę rowerowa. Przy okazji może sobie odświeżę grecką opalenizną?...
...jak wyszłam rano, świtem niemalże - to dopiero teraz wróciłam. 15 godzin intensywności. Ledwo żyję.
Ale taki dzień w biegu ma niewątpliwe zalety - brak czasu na porządne jedzenie, brak czasu nawet na myślenie o jedzeniu. Tylko coś chapsnąć w biegu. A teraz jestem tak zmęczona, że nie mam nawet siły, żeby otworzyć lodówkę. Daję słowo !
Pan i Władca przyniesie mi drinka, mam nadzieję. Ale kto mi łapki rozbuja, żeby umyć ząbki?
Dla porządku. Zassane dzisiaj:
kubas kakao i 2 kromki bułki, bez niczego
jabłko
spora porcja sałatki jarzynowej z majonezem, własnej mamie przecież nie odmówię, zwłaszcza, że byłam u niej wszystkiego 14 minut
3 garście malin i mało słodka galaretka, maliny w niej zastygły
jutro policzę kalorie, dzis nawet mózg mnie boli ze zmęczenia
Każdego dnia troszeczkę jest mnie mniej... Malutką troszeczkę. I zaczynają mi wystawać obojczyki. A brzuch jak wystawał - tak wystaje. Ale przyznać mu trzeba, też troszeczkę mniej. Tylko troszeczkę.
Zapisanie stanu na pasku niestety dopiero w poniedziałek....tyle jeszcze do czekania. 
Wczoraj na rowerze objechałam całą zachodniowiślaną stronę Warszawy. Kręciłam się również po Bemowie, z radością - że to nie ja - obserwowałam ludzi stojących w tłumie przed wejściami na koncert Madonny. Zrobiłam prawie 80 kilometrów i mam odgniotki na pośladkach. Nic, na co by nie poradziła gorąca kąpiel z solą.
A dzisiaj wieczorem zamierzam znowu zażyć procentowego odmiennego stanu świadomości. Bo mam cholerny powód. I niech wszystko trafi szlag!
ps
jest noc z niedzieli na poniedziałek, godzina 0:50
przy tej ilosci %, jaką spożyłam - powinnam już orbitować...........
a tu nic,cholera, oprócz pewnych drobnych kłopotów z wymową, nawet pisać w miarę bez błędów potrafię
chromole to !!!
acha, jutro świtem na peno sie ne bedę ważyć - te kartofelki ociekające tłuszczykiem z karkówki, ten półkilogram moreli.... to mi na pewno nie poszło na minus na wadze....