I stało się! Mąż w domu od środy i kłotnia gotowa! Za dużo czasu razem?
Tak bardzo przyzwyczaiłam się do dni spedzanych tylko z córcią, że to 24-ro godzinne przebywanie razem jakoś mnie rozstroiło! Nie żebym się nie cieszyła, że Mężulek w domu... Nie żebym narzekała... Bo i obiad zrobił i posprzatał i posiedział z córcią kiedy ja wczoraj szalałam na koncercie do późnej nocy...
Ale te jego zwyczaje...
To siedzenie na toalecie po 20 minut kiedy mamy za godzinę wyjść...
Ten bałagan w kuchni zostawiony po gotowaniu!...
To poganianie mnie kiedy szykujemy się na spacer...
I to wieczne zajadanie czegoś słodkiego!!!
Kiedy człowiek walczy ze swoimi słabościami, mąż prawie jak feeders (czy jak to sie mówi) to nagorsza zmora! Nie wytrzymałam więc...
I wywaliłam mu wszystko jak leci! O gary w zlewie, o posiadówki na kiblu, o wiecznym pospieszaniu mnie i tej czekoladzie, snikersach, marsach i innych takich kupywanych po 2 szt! Wykrzyczałam wszystko! I kazałam jak najszybciej wracać do pracy, bo już z nim nie wytrzymuję...
I co?
Człowiek w nerwach, przed okresem...
Przecież tak nie myślę... Przecież wiedziałam od zawsze, że jest bałaganiarzem i nie lubi czekać... Przecież fajnie, że jest w domu... Spędza czas z Julcią, chodzimy na spacery, śmiejemy się do łez, oglądamy filmy o miłości...
Przecież cięzko pracuje od świtu do nocy i ubolewa nad tym, że w ciągu tygodnia spedza tak mało czasu z dzieckiem...
Co mi strzeliło do głowy?
Odzwyczaiłam sie od jego obecności od rana do nocy, sposobu spędzania dnia, codziennych nawyków i tych drobnych rzeczy które robimy inaczej...
Jestem rozdrażniona, bo walczę z wagą i samą sobą... Odchudzanie to nie tylko zmiana nawyków. Bo przecież nie jadam już jak kiedyś... Ale wsparcie bliskich też jest potrzebne! Już przybrałam 1,5 kg, a szkoda mi tego bo tyle osiągnęłam... Prawie 10 kg w 4 m-ce... A on jak na złość podsuwa mi co róż ciasteczka, czekoladę, tłuste, niezdrowe śniadanka i piwooo...
Choler jasna! Jak tak dalej pójdzie to skończę z jakąs deprechą!
Niby niewiele bo 1,5 kg, ale czuję się okropnie! Wydaje mi się że uda zrobiły się jak parówy, brzuch jakiś taki bardziej wydęty a piersi ogromne jak balony!
Dlaczego mężczyźni nie potrafia zrozumieć kobiet?
Co z tego, że on woli latynoskie kształty... Co z tego, że wolał mnie w większej wersji?
Przeciez tu chodzi o moje szczęście... I moje poczucie własnej wartości...
Lepiej mieć żonę w rozmiarze L, pasującą do Twoich kanonów ale smutną i zakompleksioną, czy szczuplejszą, radosną i pewną siebie kobietę tryskającą energią??
Nie rozumiem...
Dlaczego oni to robią?
Co mam zrobić? Tyla razy już z nim rozmawiałam... Jest dobrze przez chwilę, jemy razem, zdrowo, świeżo i miło, a potem znów się zaczyna etap skrzydełek, czekolady, jajecznicy na boczku!
Nie mam zbyt silnej woli i po kilku m-cach zrowego jedzonka nachodzi mnie czasem ochota na coś cholernie niezdrowego, a mąż wykorzystuje to do perfekcji...
Zwariuje!