Trochę się pozmieniało w międzyczasie. Wróciłam na stałe do Polski. Zaszłam w ciążę, przytyłam ponad 20 kilogramów. Urodziłam synka - 4,305 kg. Spadło mi już ponad 20 kg - Jasiek ma już ponad 4 miesiące.
Postanowiłam się trochę zmotywować na Vitalii. Drastycznych diet i szybkich spadków raczej nie oczekuję. Jasiek jest jeszcze na cycku - nie chcę nic popsuć w tej dziedzinie:)
Głónie planuję wyeliminować słodycze. Nauczyłam się jeść słodkie w ciąży, i teraz nie tak łatwo z tego zrezygnować. W sumie, to dziwie się, że mi w ogóle waga spada przy takiej diecie. Ale to pewnie załuga spacerów, bujania w chuście i oczywiście karmienia.
Drugim moim celem jest powrót do treningów (ćwiczę MMA/BJJ), tak więc muszę się w końcu wziąć za swoje mięśnie. Jednak w dalszym ciągu bez szaleństw. Po pierwsze muszę mieć czym karmić Jaśka, a po drugie, po cesarce podobno minimum pół roku trzeba się ograniczać.
Te dwa punkty, mam nadzieję, niedługo doprowadzą mnie spowrotem do 64 kg. Trzymajcie za mnie kciuki i zaglądajcie tu czasem, jeśli chcecie wiedzieć jak mi idzie.
Pozdrawiam wszystkich
Jakoze cel wczesniej wyznaczony na swieta osiagnelam wczesniej trzeba sobie na Boze Narodzenie nowy cel ustalic.
Tak wiec od teraz celuje aby na swieta wazyc 63kg. Trzy tygodnie i poltorej kilograma. Mysle ze cel do osiagniecia, nawet przy niewielkim przestoju. A lepiej miec cel niz go nie miec, prawda? :)
ale może jeszcze ze dwa słowa na podsumowanie weekendu.
A więc: weekend zaliczony, jutro trzeba znów do pracy. Najgorzej, że zimno bo poniżej zera spada temperatura - Irlandczycy maja problem z zamarzajacymi szybami, a ja z jazda na rowerze. Ale czego sie nie robi... jak sie nie ma wyboru;) Czasami mysle sobie, ze z tym rowerem to jednak mam szczęście. Jak tak sobie czytam, że wy musicei wstawać wcześniej, żeby poćwiczyć, albo obiecujecie sobie wstać wcześniej a później nie wychodzi... Ja mam na odwrót. To, że rano ćwiczę ponad pół godziny pozawla mi pospać jakieś pół godziny dłużej. A jak już pośpię pół godziny dłużej to muszę na ten rower iść, co by się nie działo, bo inaczej spóźniłabym się do pracy.
Oczywiście takie myśli nachodza mnie dopiero później, jak już zejdę z roweru i ustawie go w bezpiecznej odległości. Jakoś nigdy mnie nie nachodza, jak walczę z żywiołem, moknę, deszcz zacina w oczy tak że nic nie widać, albo wyrywam wiatrowi na siłę każdy przejechany metr, albo jak mi palce zamarzaja na kierownicy, to też takie myśli mnie nie nachodza. Ciekawe dlaczego:)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich rowerzystów:)

Na razie krótko, bo zaraz musze wychodzić na włoski, więc tyko same cyferki:
początek miesiąca dzisiaj: różnica
waga: 66,5 kg 64.5 -2
łydka: 36 cm 35,5 -0,5
udo: 54 cm 53 -1
biodra: 96 cm 95 -1
brzuch: 88,5 cm 85 -3,5
talia: 78 75 -3
pod biustem: 85,5 cm 85,5 -
biust: 102 cm 101 -1
biceps: 26 cm 25 -1
Razem -13 cm i - 2kg.


Spadło mi kilka centymetrów, szczególnie w okolicach pępka, było 86 jest 83,5:) waga dalej 65,5 ale okres już puka do drzwi, więc może w pszyszłym tygodniu coś więcej spadnie;)
Bardzo nie mam co pisać prawdę powiedziawszy. Taki trochę przestój mam. Wszystko takie poukładane. Dieta mniej więcej tak samo codziennie, ćwiczenia tak samo(prawie) - dwa razy w tygodniu. Raz zajecia grupowe, raz siłownia i orbitek. Codziennie(dni robocze) rower. Co tydzien jakiś spadek. Nudne to wszystko się robi. Trzeba by coś zmienić, bo gotowe mi sie to wszystko znudzić do potęgi i wcale a wcale nie cieszyć. Tak więc dzisiaj w ramach zmian zapisałam się do fryzjera. Juz od dłuszego czasu myślę o tym, zeby coś zmienić z włosami, bo mnie drażnią. No i wypadają na potęgę. Myślałam jednak coby ściąć je dopiero w Polsce(czyli w marcu), bo by mnie to kosztowało jedną trzecią ceny, ale pierdole(przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni), 30 euro nie majątek, a po co ja mam się męczyć jeszcze trzy miesiące? Tak więc klamka zapadła. Idę. Pochwalę sie jak wrócę.(No chyba, że będę koszmarnie wyglądać, to się nie pochwalę;) )
A na razie pozostaje nadal pod wpływem Avedona. Więc proszę:


Dawno mnie nie było. Przyznaje się bez bicia, ale w pracy nie bardzo miałam czas, bo miesiac trzeba było zamknąć, a w domu mąż komputer okupywał i nawet nie bylo opcji, zeby sie tu dostać.
W każdym razie kolejny tydzień minał, kolejne sukcesy za mna - pół kilograma mniej i 2 centymetry w talii. Zmniejszam się:) I muszę przyznać, że powoli, powoli moja talia pokazuje, że istnieje.
Czyli dobre wiadomości po niezbyt dobrym tygodniu. Jakieś takie watpliwości mnie dopadały i wogóle ogólny spadek energii. I zimno cały czas. A tu w tej Irlandii całej, gdzie się grzeje mieszkania prądem, a prad drożeje... No wiecie...
Ale diete trzymałam. Z malutkimi odstępstwami. Bo tak na słabe dni kupiłam sobie czekoladę gorzką(85%) i tak od czasu do czasu po pół kawaleczka. Kupiłam ja tydzień temu i do tej pory zjadłam jedna trzecia, wiec mysle, że w ogólnym rozrachunku nie jest to jakieś straszne wykroczenie. Po za tym czekolada ma magnez i poprawia humor. Tak. Tak będe to tłumaczyć:)
Bo każda z nas jest piękna:
Tak sobie ostatnio czytam wasze pamietniki i doszłam do wniosku, że naprawdę trudno jest ocenić swoj figurę względem innych. Z jakiegoś powodu, patrzymy na siebie w lustro i dochodzimy do wniosku, ze nasza koleżanka jest na pewno jeszcez duzo od nas chudsza, później przymierzamy jej ubrania i okazuje się, że sa troszkę za szerokie to tu, to tam. Albo odwrotnie, waga co prawda pokazuje liczbę trzycyfrową, ale nam sie wydaje że w lustzre prezętujemy się całkiem nieźle. A potem widzimy się na zdjęciu, koło grubej koleżanki i okazuje się, że ona przy nas to kruszynka. Tak się zastanawiam, jakby tak ubrał 30 kobiet w to samo, zrobił im oddzielne zdjęcia, pozacierał w photoshopie twarze, a potem kazał tym kobietom ze zdjęć powiedzieć które zdjecie jest jej? Jak myślicie, ile rozpoznałoby siebie na takim zdjęciu? 1/3? Myślę, że nie więcej. To pewnie tak jak z głosem, jak się pierwszy raz słyszy nagrany swój głos, to trudno go rozpoznać... Ciekawe czemu tak jest? Jak myślicie?
Wszem i wobec ogłaszam, że w końcu się udało. Po miesiącu zmienić pasek wagi. Dzisiaj waga pokazała -1,5 kg. Tak więc mam 66,5. Tak więc teraz zadowolona, wcinam sobie śniadaniowe musli i popijam czerwoną herbatą.
Dzisiaj chyba w nagrodę zafunduje sobie McFlurry jak będziemy w mieście. Lody, to druga, po cieście(albo nawet przed ciastem) moja słabość wielka i przeogromna.
Jeśli chodzi o wysiłek fizyczny, to jak zwykle - rower od poniedziałku do piątku 2x40 minut, czyli do pracy i z pracy. A do tego w tym tygodniu nawiedziłam 2 razy fitness club, raz były to zającia aerobowe z elementami kick-boksingu, a dodoatkowo 40 minut rozciągania, brzuszków i oczywiście ćwiczeń NA PLECY. Drugi raz, czyli wczoraj - godzina na orboiteku(licznik pokazał 550 spalonych kalorii) + sauna. W weekend raczej niczego się nie spodziewam, no może poza sprzątaniem, ale to jeszcze nie jest postanowione;)
Wczoraj wieczorem naszła mnie jakaś taka ochota na jedznie. Oglądaliśmy kabarety na www.tworzymyhistorie.kabarety.pl, wypiłam kieliszek czerwonego wytrawnego i jakoś tak mi się jeść zachciało. Ale tak sobie pomyślałam raz "58" i drugi raz "58", popatrzyłam jeszcze raz na tą pysznie zalegającą stół szarlotkę i jakoś tak nie wzięłam. Dumna z siebie od razu pomyślałam, no to może chociaż jogurt naturalny. Poszłam do lodówki, al po drodze sobie uświadomiłam, że to pewnie wszystko sie od tego zaczęło, że to tu sobie pozwoliłam, to tam i niby nic kalorycznego, a 70 kg się dorobiłam. Tak więc nic już nie zjadłam. I możece być ze mnie dumne.
Tak więc wyniki z jakimi zaczynam miesiąc listopad, wyglądają następująco:
waga: 66,5 kg
łydka: 36 cm
udo: 54 cm
biodra: 96 cm
brzuch(w tym najbardziej wystającym miejscu): 88,5 cm
talia: 78
pod biustem: 85,5 cm
biust: 102 cm
biceps: 26 cm
Zobaczymy co będzie za miesiąc. A na razie idę szukać ćwiczeń na plecy, żeby wstawić na moim forowym wątku.