Już od ładnych paru lat nie lubię świąt. Wszelkich...
Tych nie polubiłem, a nawet bardziej ich nie lubię...
Mimo ładnego postanowienia, że będę jadł z umiarem i będę unikał tego, co mi nie pisane... Niestety...
Spróbowałem wszystkiego, ograniczałem chęci, żeby pożreć parę rzeczy do syta... Ale jak się je i kiełbasę, i chrzan, i kawałek chleba, i żurawinę, i jajka, i szynkę, i pasztet, i owoce, i ciasta, i to wszystko co na stole stoi i chce się chociaż spróbować, i to wszystko się je niemal non-stop, bo ciągle coś na wierzchu... To potem nie ma się co dziwić, że się jest półtorakilograma w plecy. Półtora, bo przytyłem 0.5kg od ostatniego tygodnia, a powinienem stracić 1kg... Więc kicha....
Nie lubię świąt. I nie polubię, dopóki nie będą to święta robione przeze mnie, z umiarem, z jakimś planem. Póki święta organizuje moja mama z moją babcią, to nie mam co liczyć na to, żeby to były normalne, rodzinne i radosne święta, a nie katorga, pośpiech, panika, nieustające zakupy, nieprzerwane gotowanie, później obżarstwo, płacz ("A czemu nie jecie? Ja się tyle narobiłam!") i na koniec pakowanie i wciskanie na siłę mięcha, jak ktoś jest na diecie, albo nie ma ochoty już nawet patrzeć na jedzenie...
Szczególnie moja babcia nie zna umiaru w gotowaniu... Zostało nas 4 osoby przy stole, w tym ja i moja siostra jesteśmy na dietach, a oczywiście na stole brakło miejsca i oczywiście zostało nakupowane chyba ze 20kg jedzenia... Chore!
A wystarczyło przygotować dla każdego po racjonalnej porcji. Kupić dla 4 osób, nie dla 14, ugotować wszystkiego po troszku, na spróbowanie. I tyle. Każdy by się przyjemnie najadł, każdy miałby czas na przetrawienie, każdy by z przyjemnością siadał do kolejnego posiłku.
Za 8 miesięcy Boże Narodzenie. Przerażony jestem już teraz, bo niestety do świąt nie skończę budować domu, więc nie będę mógł zrobić ich u siebie...
Ale mam cichą nadzieję, że kolejne święta Wielkanocne będą już pod moim dachem i pod moją komendą.
Echhh.... Nie lubię świąt... Jeszcze nie...
Dodaj komentarz
Ufff!
Martwiłem się, że dzisiejszy komentarz ważenia będzie bolesny, bo będzie wzrost na liczniku.
Tydzień temu byłem na imprezce urodzinowej, gdzie oczywiście były różne różności do jedzenia i oczywiście nie uniknąłem grzechów: smakołyk jeden, smakołyk drugi, torcik, szampanik... Na szczęście się ślicznie ograniczałem i mimo że pożarłem dużo więcej kalorii niż norma przewidywała - dzisiaj mam kolejny spadek o 1100g! (1100 lepiej brzmi niż 1.1 ;) ).
W każdym razie jeszcze przedwczoraj płakałem, że waga mi stanęła znowu na 3-cyforwej wartości (100.1) i że będzie bieda i wstyd w Pamiętniku, a dzisiaj - proszę! 98.1 czyli mamy sukcessssss! :) (Yes, Yes, Yes!!! ;D )
A jak to możliwe, że przez 2 dni spadek o 2kg? Ano możliwe. Po pierwsze piłem bardzo dużo wody. Nawet na siłę. Po drugie: zamiast podwieczorków z diety, jadłem jogurciki Activia. No i pomogło - po 5 dniach kiszenia w sobie, w końcu się wypróżniłem (fuuuuuuuuujjjjjj.... :D )
Poprostu zapchałem organizm po imprezce urodzinowej. Tak to jest, jak ze zdrowego, zbilansowanego jedzonka wskoczy się na smaczne i kuszące :D
W każdym razie - pomogło i dzisiaj mogę świętować, czyli wniosę toast 2 litrami wody i zakąszę wieczorkiem sałatką z ananasem i fasolką! :)
W końcu jest się z czego cieszyć, bo przez miesiąc ubyło mnie o blisko 1/11 :D (8% masy i 9% w pasie).
To tak, jakby mi urwało nogę :D
W takim tempie za 9 miesięcy zniknę! (To zupełnie odwrotnie, jak w czasie ciąży...)
Pozdrawiam i powodzenia! Trzymam kciuki za sukcesy u wszystkich! :)
Dodaj komentarz
Piękny dzień dzisiaj! :)
Nie tylko dlatego, że mamy boskie słońce na lazurowym niebie. Dla mnie to szczególny dzień, bo porannym ważeniem pożegnałem stówę! :) Oby na zawsze!
Niechaj już nigdy wskazanie mojej wagi nie miało trzech cyfr przed przecinkiem! :)
Coprawda moja radość powinna nastąpić już wcześniej (ze 3 dni temu), ale niestety sobotnia wizyta u babci spowodowała, że przybrałem 0.8kg więcej... Tak to jest, jak ze stołu uśmiecha się tatar, jak pachną flaczki, jak połyskuje lukier na rogaliku.... Echh.... Grzeszna to była sobota, mimo że z księdzem przy jednym stole :D
No ale tak bywa. Człowiek to słabe ogniwo tego świata. A już szczególnie ograniczenia w jedzeniu to katorga. Dlatego muszę unikać imprez... Gorzej, bo jutro są urodziny, których nie mogę ominąć i na których z pewnością skorzystam z przyjemności typu leciutki tort naszego przyjaciela (robi boskie wypieki!), czy pyszna szoarma w moim wydaniu... Ech... znowu pogrzeszę... :\
No ale żeby nie było: stówy nie dam sobie wbić na licznik! :)
(Mam nadzieję ;) )
W każdym razie: dzisiaj pierwszy raz od chyba 3 lat zjechałem poniżej setki.
Szczerze przyznam, że taką masę nabyłem dzięki mojej byłej już (na szczęście) dziewczynie... Z nią życie ograniczało się do chipsów, orzeszków, ciasteczek i innych przekąsek przy filmach, do nocnego jeżdżenia na hot-doga, do pizzy i zapiekanek z klusek i sera...
Czlowiek młody był i głupi... Ale teraz odpowiedzialnie i z przyjemnością walczę z bezsensownymi kilogramami.
I cieszy mnie skutek tego wszystkiego, co znowu zachęca do dalszej walki ze swoim problemem. Bo nadmiar ciała zagrażający zdrowiu to problem!
Powodzenia dla Was wszystkich! Wytrwale trzymajcie się swoich postanowień i walczcie o swoje marzenia!
P.S. Zauważyłem pewną prawidłowość: im więcej wody wypiję w ciągu dnia, tym mniej mam na wadze następnego poranka. Trzeba się trzymać butelki z przyjemną wodą mineralną.
I jak napisała Karolina Łąkowska: jeżeli nie masz problemu ze wzdęciami czy innymi efektami ubocznymi, możesz pić wodę mineralną z orzeźwiającymi bąbelkami!
Ja polecam wszelkie wody lekkogazowane. Wypróbowalem nałęczowiankę lekkogazowaną i takąże Dobrawę. Muszynianka też jest dobra, ale ma więcej dodatkowych i czasem zbędnych minerałów...
Dodaj komentarz
Właśnie odbylo się moje 3 ważenie.
Dwa poprzednie cieszyły mnie bardziej, bo spadek wagi był większy... No ale trudno. Półtora kilograma to też nieźle.
Zastanawiam się tylko dlaczego tak słabiutko, skoro przy ustawieniach na 6 posiłków smacznie dopasowanych i tak przeważnie jem 4 (brakuje dnia, nie mam potrzeb na więcej). Jem zatem mniej niż przypada w dziennej dawce.
No nic. Dzisiaj przyjeżdża do mnie waga spożywcza - od dziś będę wszystko ważył jak należy, bo mierzenie na zasadzie "płaska łyżka" nie jest do końca odpowiednie. Może jak będę jechał idealnie z przepisami będzie więcej spadku co tydzień?
hmm... ale chyba jednak to nie tak do końca... według przepisów mam zjeść ok. 2100kcal, a ja jem przecież mniej w ciągu dnia... Nie dogadzam sobie i właściwie nie ulegam pokusom (czasem tylko jak mnie najdzie na coś słodkiego to zjem ze 3 rodzynki, albo suszoną morelkę).
Zależy mi na tym, żeby do wakacji być już płaskobrzuchym.
Nie chcę być chudy. Nie chcę być szczupły. Facet nie może być chudy ani szczupły!
Chcę być normalnym, płaskim, dobrze zbudowanym facetem, bez brzucha, który prawie leży między nogami, jak się siedzi na plaży. I nie znoszę swojego tyłka. Jest za duży, jak na faceta... :\
Ale nie pomyślcie sobie, że jakiś sfrustrowany jestem, albo jakiś pesymista czy inny płaczek nad własnym losem...
Niee... Ja jestem szczęśliwy! Kocham swoje życie i mój świat! Mnie niczego nie brakuje, poza tym, że nie mam odpowiedniej kondycji i mogę podupaść na zdrowiu, jeżeli nie schudnę. Mam już za duże ciśnienie: górne przeważnie w okolicach 138, a powinno być o 10 pkt mniej. Powyżej 140 już się kwalifikuję pod farmakologię, a tego akurat nie chcę - mój ojciec żył 8 lat na bardzo silnych lekach na nadciśnienie... I ostatecznie i tak serce mu nie wytrzymało i zmarł na miesiąc przed 40-urodzinami... Ja tak nie chcę. Wiem co przeżyliśmy z mamą i siostrą, chcę tego oszczędzić moim dzieciom.
Dlatego cieszę się życiem i będę dbał o to, żeby zawsze tak było! :)
Dodaj komentarz