Vitalia.pl  dieta, odchudzanie, fitness Vitalia - dieta, odchudzanie, fitness

Ostatnio dodane zdjęcia

Sylwetka

Poprzednia Początkowa sylwetka
Obecna Obecna sylwetka
Cel Mój cel

O mnie

... przez 27 lat mojego życia byłam szczuplutka i nie myślałam o swojej figurze, bo bardzo ją lubiłam (pomimo paru drobnych zastrzeżeń)... po ślubie "troszkę" mi się przytyło (jakieś 10 kg w ciągu roku...); pierwszy wpis na vitalii - 9 września 2006... ważyłam wtedy 70kg... niedługo potem moja waga zaczęła spadać... aha... mam na imię Aneta (: Babcia nazywa mnie Aniulcia :) WE WRZEśNIU 2008 ZOSTAłAM MAMą :)

aniulciab

kobieta, 33 lat, Białystok

176 cm, 63.50 kg więcej o mnie



Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Masa ciała

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy

...

12 września 2008 , Komentarze (50)

... niestety bez butli ani rusz... Malutki wisi na piersi bez przerwy 2 - 3 godziny, a ciągle jest mimo to głodny - dostaje pierś, pociąga kilka razy i śpi... jak mu zabrać, budzi się, znów dostaje, zasypia... i tak w kółko... staram się nie pozwalać mu na spanie przy cycy, budzę go, ale i tak to nic nie daje - nawet po 2 godzinach ssania od razu dalej szuka... piersi mnie już bolą i daję butlę - zjada 70 - 80 ml mleczka... to ile on może zjeść ode mnie? chyba bardzo mało... może źle go karmię piersią... nie wiem... ale czuję, że ssie... oj aż czasami można nieba liznąć ;)
... waga bez zmian - 69,5 kg :)

Dodaj komentarz

... ssie :)

11 września 2008 , Komentarze (37)

... zmęczyłam go tak, jak radziłyście i nauczył się już :) walczył ze trzy godziny, ale w końcu się poddał :) co prawda się nie najada, ale polubił pierś :) chyba nic się nie stanie, jak dokarmię go na koniec mlekiem :) 
... wczoraj po tych zmaganiach byłam wykończona... nie dałam nawet rady zjeść kanapki... ale w końcu spałam dobrze (od czwartku nie udało mi się pospać dłużej niż dwie godzinki)... od razu mam więcej sił :)
... dzisiejsza waga: 69,5 kg :)

Dodaj komentarz

... szczegóły...

10 września 2008 , Komentarze (64)

... dzisiejsza waga: 70,5 kg :) tak sobie pomyślałam, że wczoraj minął drugi rok od momentu, kiedy trafiłam na vitalię... wiele się od tej chwili zmieniło... o ile piękniejsze stało się moje życie :) chociaż ważę praktycznie tyle samo, co dwa lata temu i mogłoby się wdawać, że ten czas  został "zmarnowany", na dzień dzisiejszy moja waga mi nie przeszkadza... mam nadzieję, że powolutku uda mi się zgubić to, co niepotrzebne, ale o tym pomyślę za jakiś czas... co innego jest teraz w centrum moich zainteresowań :)
... nie wiem, czy uda mi się wszystko opisać, ale spróbuję :)
... zacznę od początku... we czwartek dzień rozpoczął się jak najbardziej normalnie i nic nie wskazywało na to, że coś się zaczyna dziać... no może dziwne wydawało mi się to, że jakoś nie mam apetytu... nawet Tomek nie mógł się temu nadziwić, że taki żarłok jak ja od południa niczego nie chce jeść... bywa... tego dnia umyte zostały wszystkie okna, firanki poprane (ja tylko je poprasowałam, a resztą zajął się mój Mąż)... ugotowałam leczo...mieliśmy kilku gości... wszystko wydawało się być normalnie... wieczorem zadzwoniła do mnie Mama, żeby zapytać, czy przypadkiem nie rodzę, bo ona ma bóle porodowe - wyobrażacie sobie? :) ja jeszcze niczego wtedy nie czułam, więc się pośmiałyśmy i pożegnałyśmy... ja jeszcze  żartowałam, że Dzidziuś musi poczekać z przyjściem na świat przynajmniej jeden dzień, bo następnego dnia Mama miała mi przywieźć klapki pod prysznic do szpitala :) nie minęła godzina i faktycznie zaczął mnie boleć brzuch... w typowo miesiączkowy sposób... ale poszłam się wykąpać, wzięłam nopę i nadal byłam przekonana, że to jeszcze nie to... skurcze stały się uciążliwe już około dwudziestej pierwszej... i powtarzały się regularnie co pięć minut... zaczęłam się bać... miałam nadzieję, że to fałszywy alarm, więc poszliśmy spać... ja nie mogłam zmrużyć oka, bo dolegliwości nie miały zamiaru ustąpić... około północy ból stawał się już trudny do wytrzymania, więc zbudziłam Tomka, jeszcze pół godziny obserwowałam odstępy między skurczami i doszłam do wniosku, że nie ma na co czekać... zadzwoniłam do kliniki i powiedziałam, co się dzieje... w międzyczasie pojawiło się krwawienie... okazało się, że właśnie odbywa się poród, ale jeżeli się martwię mam przyjechać na ktg... na szczęście pomyślałam o tym, żeby na wszelki wypadek zabrać torbę (którą pakowałam dzień wcześniej)... paru rzeczy nie dopakowałam, bo myślałam, że jeszcze wrócę do domu... ot naiwność... około wpół do drugiej byliśmy na miejscu - taksówkarz sobie żartował, że jeszcze pewnie nie to, bo mam za wesołą minę, personel też, a po badaniu okazało się, że mam rozwarcie na trzy centymetry i zostaję... kobietka na sali porodowej miała mniejsze, więc przetransportowano ją gdzie indziej, a mnie od razu na łóżko... po godzinie, kiedy wszystkie papiery były już powypełniane, przyszedł lekarz, zbadał  mnie i okazało się, że rozwarcie zwiększyło się do sześciu centymetrów... ból był do zniesienia, ale posłuchałam rady lekarza i dostałam znieczulenie... całe szczęście... u kobietki, która zaczęła rodzić przede mną, poród postępował znacznie wolniej, bardzo krzyczała... ja w pierwszej fazie porodu jakoś ten ból wytrzymywałam... o wiele gorsza była w moim odczuciu druga faza - nie tyle ból, co uczucie rozdzierania od wewnątrz... bardzo pomógł mi lekarz, który odbierał poród, ale przede wszystkim to, że Tomek był cały czas ze mną dawało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, komfortu, bliskości... do końca nie wiedziałam, czy ma być przy porodzie i bardzo się cieszę, że tak jakoś wyszło, że był :) poród rodzinny jest faktycznie wspaniałym wynalazkiem :) i faktycznie wszystkie te przykre doznania stały się malutkie, kiedy Danielek już się wydostał i zobaczyłam go :) miał 55 cm i ważył 3420 g :) dostał 10 punktów :) niestety nie trafił na mój brzuszek, a do inkubatora, ale to nic :) po dwóch godzinach mogłam go już przytulić :) niestety nie obeszło się bez nacięcia, bo popękałam i tak... chyba dlatego, że na początku drugiej fazy nie za bardzo mi szła współpraca z położną... trudno... na koniec oznajmiłam wszystkim, że ja już dzieci nie rodzę, co przyjęto ze śmiechem ;) podobno każda tak mówi... ale nie żałuję, że przez to wszystko przeszłam :) "opłacało się" :) wybór kliniki był strzałem w dziesiątkę :) wspaniała atmosfera, opieka, zainteresowanie pacjentem... nie żałuję wydanych na nią pieniędzy :) i Malutki wynagradza mi wszystko jednym swoim grymasem czy śmieszną minką :) jest bardzo grzeczny... praktycznie je i śpi... mamy tylko problem z karmieniem, bo nie chce ssać piersi - ja dopiero od wczoraj mam pokarm, a on już się wycwanił i wie, że z butli można się najeść bez większego wysiłku... nie poddajemy się jednak... kupiliśmy laktator, przystawiamy do piersi Malucha, ale na razie karmimy praktycznie sztucznie... to mnie troszkę martwi... ale nikt nie mówił, że będzie łatwo...
... jeżeli chodzi o moje samopoczucie, to różnie z tym bywa... kiedy jesteśmy we trójkę lub przyjeżdża moja Mama, jest dobrze... i tak jestem płaczliwa, ale czuję się wtedy bezpiecznie, dobrze... no kiedy ktoś próbuje się nachalnie wtrącać i ma tysiące rad - do tego archaicznych i głupich, to mnie coś po prostu strzela... najgorsze, że nie wypada jakoś tego po sobie pokazać... a ja jestem rozdrażniona przez długi czas potem... ale jak tu się nie denerwować, kiedy mi ktoś o   m o i m   dziecku mówi, jakby to było jego... a jest tylko babcią... jakoś sobie z tym nie radzę... na szczęście Tomek mnie bardzo wspiera... opiekuje się, robi wszystko w domu, tuli, zapewnia rozrywki :) wczoraj dostałam od niego naszyjnik, na który wydał chyba fortunę... aż się wzruszyłam :) oczywiście nie ze względu na cenę, ale na sam fakt :)
... trudno się siedzi, więc będę kończyć... gratuluję tym, którzy dotarli do tego miejsca :) tym, którym udało się przeczytać i zrozumieć chociaż cześć z tych bezładnych zapisków też ;)

Dodaj komentarz

... przesyłam wszystkim vitalijkom moc uścisków :)

8 września 2008 , Komentarze (31)

... Boże święty :) ile wspaniałych wpisów :) DZIĘKUJEMY :) na razie nie jestem w stanie nawet do Was pozaglądać... jestem padnięta... w sumie to dopiero czwarta doba po porodzie... może jutro uda mi się to wszystko opisać :)
... dzisiaj rano waga pokazała 70,9 kg... czyli kotek  (ten na pasku wagi) poza zasięgiem, ale już bliziutko :)

Dodaj komentarz

... niespodzianka :)

6 września 2008 , Komentarze (152)

... piątego września w piątek o godzinie 5:55 urodził się Danielek :)
... już jesteśmy w domku :) moja Karolcia (kochana "mała" Siostrzyczka) pożyczyła nam swojego laptopa na czas, kiedy jesteśmy odcięci od świata :) więc będę mogła napisać coś więcej, jak tylko troszkę dojdę do siebie... na razie jestem słabiutka... ale przeczytałam Wasze komentarze - dziękuję :) jesteście kochane :)

Dodaj komentarz

... pozostał tydzień...

3 września 2008 , Komentarze (42)

... do terminu porodu... trzeba już chyba spakować torbę...w sumie te terminy są trzy: 10 września (wg pierwszego usg), 12 września (z ostatniej miesiączki) i 17 września (wg ostatniego usg)...  z tego, co wiem, najbardziej wiarygodnym terminem jest termin z usg wykonanego w początkach ciąży, w moim przypadku to ten najbliższy... a jeżeli chodzi o osiągnięte przeze mnie rozmiary... widzę, że wczorajsze zdjęcia w pełni ich nie pokazały, więc wklejam kolejne - 110 cm brzuchalka...
... wczoraj bardzo źle się czułam... jakiś niepokój mnie ogarnął... do tego kłuło mnie coś między piersiami... nie wiem, czy Malutki w coś kopał, czy to moje nerwobóle wróciły... i jeszcze przeziębienie... na szczęście dzisiaj jest lepiej - przynajmniej na razie :)
... dzisiejsza waga: 76,7 kg :)

Dodaj komentarz

... rosnę w oczach...

2 września 2008 , Komentarze (33)

... dzisiejsza waga: 76,9 kg! przybywa mi prawie po kilogramie dziennie! aaa! a to tylko właściwie dzień bez vitalii ;) leżę, śpię... i jem... non stop jestem głodna... Tomek aż oczy otwiera ze zdziwienia ;) cieszę się, że nie musiałam leżeć przez całą ciążę... i współczuję tym dziewczynom, które nie mają innego wyjścia...
... zdjęcie mojej pyzatej buzi, które sama zrobiłam... i ja w całości... jestem wieeelkaaa...
... jeszcze ad mojej pracy... zapomniałam Wam napisać o jednej ważnej sprawie... te 5 godzin, które mnie zabrano i przez które nie mam pełnego etatu, dano zupełnie nowej osobie... ma u nas tylko te 5 godzin... wyobrażacie sobie?!
... odpowiedzi brak... czekam... przygotowuję się jednak na sprawę w Sądzie Pracy...

Dodaj komentarz

... do zobaczenia...

31 sierpnia 2008 , Komentarze (38)

... mam nadzieję wkrótce... jutro Tomek oddaje nasz komputer swojej siostrze... wymieniamy go na laptopa, bo biurko pod nim jest jedynym miejscem w naszym domku, gdzie można będzie przygotować miejsce do kąpieli Maluszka... trzeba je "zwolnić"... a my czekamy na sprzęt, który ma być około 11 września... także bardzo możliwe, że w ciągu dwóch najbliższych tygodni nie będę miała dostępu do internetu :( trudno mi będzie... zawsze to o drugiej w nocy, jak nie mogę spać, jest czym się zająć przez chwilę ;) dopóki mnie to nie zmęczy ;) ale co zrobić... przez pewien czas będziemy mogli korzystać ze starego komputera mojej szwagierki, o ile nikt go nie kupi od ręki ;) na wszelki wypadek jednak uprzedzam o powodzie mojej nieobecności tutaj... jeszcze jestem podwójna... i mam nadzieję pozostać w tej formie chociaż do 10 września :)
... Wam życzę powodzenia w odchudzaniu (już niedługo się przyłączę) :) i samych dobrych dni :) buziaczki :) i trzymajcie za mnie kciuki :)
... dzisiejsza waga: 76,1 kg... czuję, że jestem opuchnięta... każda kolejna noc jest trudniejsza, bo wstaję coraz więcej razy i coraz trudniej mi później zasnąć... ale to nic... może to dlatego, że w ciągu dnia leżę... i wtedy, mimo walki z sennością, bez problemu zasypiam...  ;)

Dodaj komentarz

... ważne! ... szczególnie dla nauczycielek...

30 sierpnia 2008 , Komentarze (31)

... nie dajcie się wyrolować tak, jak ja dawałam się robić w balona...
... Kobietki, pisałam Wam o problemach z moim zatrudnieniem... jak zauważyłam, czytając Wasze komentarze, wiele z Was było święcie przekonanych (tak jak ja), że nauczyciela można zatrudniać w jednej placówce z roku na rok na czas określony bez ograniczeń... do  śmierci... złość, którą mam w sobie teraz, podpowiada mi tu odpowiednie słówko (określające, jakiej śmierci), ale go z przyzwoitości nie użyję ;) po zajęciach w szkole rodzenia wiedziałam, że na pewno zmniejszenie wymiaru godzin (a więc i poborów) kobiecie w ciąży jest bezprawne - i to mi dało do myślenia, zaświtało mi w głowie, że w stosunku do mojej osoby szykowany jest jakiś przekręt...
... zasięgnęłam porady w PIP... nie wiedziałam, że można to zrobić telefonicznie - a jak najbardziej można - i polecam to każdemu, kto ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy go w pracy nie wykorzystują przypadkiem :) oto, czego się dowiedziałam...
... to, że Kodeks Pracy mówi, że trzecia umowa z kolei u jednego pracodawcy jest automatycznie umową na czas nieokreślony, to powszechnie wiadomo... w przypadku nauczycieli ponad Kodeksem Pracy jest Karta Nauczyciela, która niby to prawo znosi... tak mi przynajmniej wciskano... bzdura! - Kobietki - w szkole to prawo też obowiązuje! są tylko dwie sytuacje wyjątkowe - kiedy nauczyciel pracuje na zastępstwie (i ma tak zapisane w umowie) lub kiedy dany przedmiot się kończy i szkoła nie będzie miała godzin dla danego przedmiotowca - tak normalnie, kiedy te dwie sytuacje nie mają miejsca, a nauczyciel otrzymuje trzecią umowę na czas określony (i nie dzielą kolejnych umów miesięczne przerwy - co w szkole raczej się nie zdarza), to pomimo takiego zapisu jest to umowa na czas nieokreślony! wiem, że kilka z Was było w tej samej sytuacji - w Sądzie Pracy sprawa jest czysta i bez żadnych wątpliwości wygrana przez pracownika! ja, dowiadując się tego, pozbyłam się skrupułów... jeżeli ktoś działa ewidentnie na moją szkodę i jeszcze wmawia mi, że tak powinno być... i łaskę mi robi... to ja tym bardziej nie zamierzam się martwić o jego dobro... i czy może mu problemów niechcący nie przysporzę...
... na razie na piśmie poinformowałam mojego dyrektora (nie mogłam osobiście, bo jestem na zwolnieniu, ale co z tego) o sprawie i czekam na odpowiedź... jeżeli nie da mi właściwej umowy, zgłaszam sprawę do Sądu Pracy i oficjalnie do Inspekcji Pracy, w której osoba odpowiedzialna za oświatę nie miała żadnych wątpliwości  co do tego, że racja jest po mojej stronie...
... a ad tego, co najważniejsze - wczoraj z tych nerwów brzuch miałam praktycznie przez cały dzień taki twardy, że szok... prawie cały czas spędziłam na leżąco zgodnie z zaleceniami lekarza... wcześniejsze dni praktycznie też przeleżałam, bo to pomagało... wczoraj nawet leżenie nic nie dało :( niby wiem, że jeżeli nie polubownie, to sądownie sprawa zakończy się na moją korzyść, ale mam też w sobie tyle żalu... od trzech lat powinnam mieć umowę na stałe... a co roku dyrektor mówi mi, że, no pewnie mnie zatrudnią, ale na sto procent nie mogę mieć pewności... a należy mi się to jak przysłowiowemu psu buda, bo moja umowa od dawna ma moc umowy na czas nieokreślony... jakoś przestałam mieć do niego szacunek i zaufanie... perfidne zagranie :(
... dzisiejsza waga: 75,3 kg...


Dodaj komentarz

... dziękuję :)

28 sierpnia 2008 , Komentarze (34)

... za wsparcie, słowa otuchy... i podpowiedzi w sprawie mojego zatrudnienia :) być może to, co pierwotnie wydawało się totalną klapą, doprowadzi do wyprostowania pewnych spraw :) w najgorszym wypadku będę zmuszona szukać nowej pracy (chociaż teraz to mało prawdopodobne) - już w miejscu zamieszkania... ale kiedyś to musiało nastąpić...

... cud, prawda? ... że tak do brzuszka można "zajrzeć" :) jak tak patrzę na to zdjęcie, to już bym chciała przytulić tego Maluszka :) ale niech tam sobie jeszcze siedzi i nabiera odporności :)



Dodaj komentarz