Mój mężczyzna wygrał los na loterii - metabolizm o prędkości światła. Zżera (tylko tak o można nazwać patrząc na ilości jedzenia) wszystko na co ma ochotę i nie tyje. Przy tym nie ćwiczy i pracuje za biurkiem. Uważa że jego linia uprawnia go do wygłaszania mądrości jak jest jeść i nie tyć. Dla niego jest poste - wystarczy nie jeść słodyczy (chipsy je co drugi wieczór) pizzy (przynajmniej dwa razy w tygodniu) chleba (codziennie przynajmniej dwa razy dziennie ciabataka) i innych niezdrowych rzeczy (reszta jego menu). Przy czym odmawia jedzenia rzeczy zdrowszych uważając je za stratę pieniędzy

(przez te twoje bazylie i rukole rachunki nam w górę idą!!)
W dodatku ma wagę w rękach skubany. jak tylko docieram do 61kg zaczyna się zaglądanie w talerz komentowanie każdego kęsa i moich wysiłków sportowych /z pozycji kanapy/.
Jak bardziej utyję to tego nie wytrzyma!!już przed świętami trochę marudził ale chyba bał się o swój świąteczny stół więc jeszcze nie za głośno.. za to po świętach zaczęła się tyrada .... wszystkie moje diety uważał za pic na wodę / w sumie trochę racja bo niezbyt byłam wytrwała/
no ale teraz przeczytał dietę vitalii i pogryzając poświąteczną szarlotkę stwierdził że aprobuje.
eech kochane mówię wam nie ma to jak specjalista od zdrowego żywienia w domu..
pierwszy dzień za mną. małe modyfikacje nastąpiły z braku zaopatrzenia lodówki ale dało radę
do tego 2l wody
4 szklanki herbaty /jedna zielona 3 fit biovity/
1kawa
45 min ćwiczeń abt
pierwszy minus- dzis rano nie wtsałam na siłownię :( trzeba coś będzie wymyślić wieczorem