Vitalia.pl  dieta, odchudzanie, fitness Vitalia - dieta, odchudzanie, fitness

Ostatnio dodane zdjęcia

Ulubione

Sylwetka

Poprzednia Początkowa sylwetka
Obecna Obecna sylwetka
Cel Mój cel

O mnie

Jestem zupełnie nieobiektywna, jeżeli chodzi o ocenę własnej osoby. Siłą rzeczy, czegokolwiek bym tu nie napisała, będzie skażone moim własnym o sobie myśleniem. Dlatego nie napiszę nic. A do odchudzania skłonił mnie zdrowy rozsądek, który zaczął krzyczeć, że to już nie jest jedynie kwestia estetyczna. No to posłuchałam jego głosu i, jak na razie, odnotowuję pewien (pełen?) sukces.

inaczej

kobieta, 28 lat, Nowa Sól

165 cm, 55.00 kg więcej o mnie



Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy

:(((((((((((((((

23 czerwca 2010 , Komentarze (3)

Nie będzie zdjęcia. Nie zdałam egzaminu. To mój pierwszy raz od 6 lat. Czuję się potwornie. Jest mi źle, głupio i wstyd. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Zwłaszcza, że nie uważam, że powinnam była go nie zdać. Ale byłam na to przygotowana, bo Pan M. bardzo mocno zirytowany był faktem, że nie chodziłam do niego na wykłady i byłam pewna, że jeżeli tylko dam mu pretekst to mnie obleje. A dałam mu dużo pretekstów. To nie jest mój konik. No nic, mam dużo czasu, żeby się nauczyć tego wszystkiego porządnie. Do września:D. Dobrze, że to już nie są normalne studia, bo bym się chyba załamała, a tak próbuję sobie tłumaczyć, że to przecież nic takiego. Głupia, głupia pinda ze mnie.

A tak w ogóle, to mimo waga pokazuje nieco mniej niż 55, mimo, że już nie staram się odchudzać.

Dodaj komentarz

Biegiem do urn:)

20 czerwca 2010 , Komentarze (2)

Dzisiaj przerwa w bieganiu. Popracuję za to nad innymi mięśniami. Rano było a6w, wieczorem planuję callanetics. No i krótki spacerek do lokalu wyborczego. Poczucie, że udział w wyborach to coś ważnego i fajnego mam dopiero od ostatnich wyborów parlamentarnych. A wy głosujecie? Nie pytam na kogo, bo jest cisza wyborcza ;), a poza tym zauważyłam, że polityka budzi ostatnio bardzo brzydkie, niezdrowe emocje w rodakach. Właściwie nie rozumiem dlaczego. Jakim sposobem Ci śmieszni panowie sprawiają, że Polacy skaczą sobie do gardeł? Moim skromnym zdaniem nie są tego warci. Ale ciiiiiiiiiii. W końcu jest cisza. 

Dodaj komentarz

Takie tam

19 czerwca 2010 , Komentarze (2)

Chciałam tylko powiedzieć, że biegałam dziś rano, że jadłam czereśnie na kolację i, że wstawię jakieś nowe zdjęcie, jeżeli tylko zdam we wtorek ten okropny egzamin (to tak w ramach przekupywania złośliwego losu).

Właściwie to może zacznę dzisiaj a6w. A co mi tam. Pewnie wpłynie pozytywnie na samopoczucie, a co za tym idzie na zdolności umysłowe. To ja wskakuję w dresik:).

Dodaj komentarz

Biegam!!!!!!!

18 czerwca 2010 , Komentarze (3)

Byłam dzisiaj dzielna (a raczej mój partner był stanowczy) i wstałam rano (to znaczy on wygonił mnie z łóżka), żeby pobiegać. Wkurzona trochę swoim ostatnim obiboctwem i przerwą w planie pumowym postanowiłam sprawdzić ile mogę przebiegnąć. Pamiętając, że do tej pory to były co najwyżej 3 minuty, liczyłam co najwyżej na 5, a i to pod warunkiem, że się mocno wysilę. Okazało się, że już prawie biegam! Biegłam (w niskim tempie i z lekką tylko zadyszką ;) 20 minut!!! Mój nowy plan w takim razie wygląda tak, że jutro biegam jeszcze raz tyle, a potem co 2 dni dokładam 5 minut. I będę wreszcie normalnie biegała:))))). Powoli, powoli, zaczynam mieć jakąś normalną kondycję. Jak zdam ten dziadowski egzamin, to zaczynam a6w. Teraz nie mam już tego całego tłuszczu na brzuchu, to może będzie bardziej widać efekty:). Albo może zacznę dzisiaj.

Dodaj komentarz

Sesja

17 czerwca 2010 , Skomentuj

   Tak sobie siedzę cichutko i nic nie piszę, bo jestem w trakcie sesji, a to zawsze jest okres, w którym wyłączam się z normalnego życia. Niestety na tyle, że nie biegam i nie ćwiczę, ale we wtorek mam ostatni egzamin i wrócę do aktywności.

   Wagę trzymam. Chwilowo nie liczę kalorii, tylko oceniam na oko. Zwiększyłam trochę kaloryczność obiadów, w ramach wracania do normalnego jedzenia i czasem pozwalam sobie na dodatkową przekąskę, ale nie więcej niż 150 kcal. I boję się potwornie, bo jak zawsze wydaje mi się, że nic nie umiem:(. Jeszcze tylko jeden egzamin przede mną, ale najtrudniejszy. Muszę strasznie dużo nadrobić, bo ten przedmiot jest kontynuacją czegoś, czego nie miałam na normalnych studiach:(. Jakoś zupełnie tego nie widzę. 

   Moja kochana siostrzyczka powiedziała, że da mi maszynkę do lodów:D. Teraz już zupełnie nie będę miała wyrzutów sumienia jak będę je jadła:D. Oczywiście w rozsądnych ilościach.

Miłego dnia.

Dodaj komentarz

To już jest koniec?

11 czerwca 2010 , Komentarze (4)

Głupie pytanie:). Oczywiście, że nie! Będzie trzeba przez najbliższych parę miesięcy uważać, a dobre nawyki zostawić sobie już na całe życie:)))). Ale cel osiągnięty. Dotknęłam dolnej granicy mojego BMI. Nie mówię, że nie mam ochoty chudnąć więcej. Jak się przez tyle lat było grubasem, to trudno patrzyć na siebie obiektywnie, ale właśnie mając świadomość, że moja ocena  swojego wyglądu może być zaburzona nieco (i pewnie jest, bo dalej mam momenty, że wydaje mi się, że wyglądam jak świnka pigi) i dlatego stop. Tak, to wszystko co piszę znaczy, że waga wreszcie osiągnęła 55 kg:). I zmieniam na pasku, żeby przypadkiem nie zapomnieć się dziś w trakcie meczu. Tylko trudno mi teraz zdecydować jak dalej jeść, żeby nie przytyć. Skoro poleciał ten ostatni kilogram przy 1500 kcal, to znaczy, że cały czas jestem na deficycie. Plan chwilowy mam taki, że do niedzieli 1600, a po niedzieli do końca czerwca 1700. Podobno powinno się dokładać 200 kcal co miesiąc mniej- więcej, więc lipiec przejadę na 1900, a potem przestanę liczyć, ale nie zacznę się obżerać. No i trzeba tę sylwetkę doprowadzić do porządku. Powinno być łatwo latem:). Woda, bieganie, spacery, słońce. Będzie dobrze:))))). Jestem szczęśliwa:)))))))))))))))))))))). Chyba powinnam sobie zrobić jakiś duuuuuuuuży prezent. Należy mi się w końcu:).

Dodaj komentarz

Truskawki!!!

10 czerwca 2010 , Komentarze (3)

Nie pisałam przez całe 2 dni, ale liczyłam kalorie grzecznie, biegałam i ćwiczyłam callanetics. Niestety wczoraj w moim 1500 znalazły się 2 piwa, więc niby kalorycznie ok, ale z drugiej strony spowolniłam sobie przemianę materii:D. Nie ważne, upał ją pewnie przyspieszył:)))))). Tak sobie myślę, że decyzja o zwiększeniu liczby zjadanych kalorii była bardzo słuszna. Mój organizm nie zwolnił drastycznie. Przedwczoraj było już prawie 55, a dzisiaj odrobinę więcej chyba tylko przez te piwska. Ważne, że mniej niż 56:D.

Śniadanie: A teraz właśnie umieram z rozkoszy jedząc pierwszy raz w tym roku truskawki. Cudownie soczyste. Z jogurtem Danone ze zbożami, który ostatnio jest moim absolutnie ulubionym (197 kcal)

2gie śniadanie: 2 parówki tęczowe (pewnie jakieś 250 kcal), kromka pieczywa chrupkiego (29 kcal), warzywa (oj sama nie wiem, oszacuję z góry przez 50 kcal)

Upałowo: 2 gałki lodów (100 kcal)

W porze normalnego obiadu: chrupka kromka z serem, wędliną, ogórkiem i pomidorem (jakieś 130 kcal)

Kolacja: ryba-potwór z delty Mekongu uduszona z cebulką i ziołami (225 kcal)+ jakaś sałatka (nie wiem sama ile, same warzywa i kapka oleju. Olej jest kaloryczny więc policzę 100 kcal) + pieczywo chrupkie (58 kcal).

Na upał: białe, półwytrawne wino z arbuzem. Myślę, że wypiję go tak ze 200 kcal. Ale wam przykład daję ;).

Dzisiaj miał być callanetics, ale jest za duszno, parno, upalnie. Poza tym się strasznie nabiegałam dzisiaj, bo musiałam zrobić milion jakichś rzeczy, więc nie będę miała dużych wyrzutów sumienia.

Coś nie umiem pododawać tych kalorii na górze:D. Liczę piąty raz i za każdym razem wychodzi mi coś innego. No bo ja to jestem na wyższym poziomie abstrakcji:D. Już mam. 1339 kcal :).

Dodaj komentarz

Zmiana planu:)

7 czerwca 2010 , Komentarze (1)

Zdążyłam dzisiaj pobiegać przed deszczem (który, notabene, jeszcze nie spadł, ale chmury są ciemne i gęste). Czwarty tydzień. 2 minuty biegu + 3 minuty marszu x6. No i tak sobie biegnę i myślę, że mało tych tygodni coś zostało do sześciu, a ja jakoś tak mało biegnę. I dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę z faktu, że z planu 6cio tygodniowego zrobiłam sobie plan 10cio tygodniowy:). No cóż, w końcu matematycy dzielą się na 3 grupy... Niech już tak zostanie. W końcu nigdzie mi się nie spieszy.

Śniadanie: musli tropikalne + mleko 2% + podwójny magnez (274 kcal)

2gie śniadanie: 2 kanapki żytnie razowe z masłem, polędwicą sopocką, serem bałkańskim, pietruszką, szczypiorkiem, ogórkiem małosolnym, sałatą lodową + sok pomidorowy (280 kcal)

Do kawy: Odkryłam właśnie Corny Line:). Bardzo mi smakują, bo nie są tak twarde jak inne tego typu batoniki i nie mają prawie kalorii (65 kcal). Ale lodów dzisiaj nie będzie :D.

Dla poprawy nastroju: sok świeżo wyciskany z grapefruitów i cappuccino małe bez cukru (174 kcal)

Lunch: chrupka kanapka z serem żółtym, sałatą, pietruszką, cebulką i ogórkiem (nie więcej niż 100 kcal)

Obiadokolacja: Ryż jaśminowy + sałata lodowa do zagryzania + czerwone curry z kurczakiem i różnymi rzeczami (dziwnymi), które w maminym ogródku wyrosły (365 kcal)

Razem 1258. No kolacja chyba być musi. Taka na jakieś 250, ale jeszcze nie wiem co. Miłej nocy:).

Dodaj komentarz

"A ja tam nie lubię..."

6 czerwca 2010 , Komentarze (3)

Rozmawiałam ostatnio, przy kawie, z moją ulubioną kawową koleżanką, która ma sporą nadwagę o odchudzaniu właśnie. W sumie często rozmawiamy o odchudzaniu. W końcu był taki czas, że byłyśmy podobnych gabarytów, a teraz ja jestem chyba już szczupła, a ona jeszcze cały czas nie może się pozbyć swojego nadbagażu. Staram się ją wspierać, motywować i coś tam chyba robi. Na przykład chodzi na jakieś zajęcia na sali 3 razy w tygodniu i czasem je trochę mniej, ale nawet jak jej się tak uda, to przychodzi moment, że wszystko znów zajada. No i zapytała mnie, czy ja już będę tak do końca życia ćwiczyć, liczyć, pilnować się, czy odmawiać sobie pewnych rzeczy. Próbowałam jej odpowiedzieć, że ćwiczyć pewnie tak, bo lubię:D, liczyć na pewno nie, bo wyrobiłam sobie jakieś wyczucie i mniej więcej wiem, na co mogę sobie pozwolić i co jest pułapką kaloryczną, natomiast odmawiać sobie niczego nie będę, bo do tej pory też tego nie robiłam, ale ona mnie zakrzyczała skutecznie tekstami w stylu "ja to lubię jeść", "ja nie lubię się kontrolować", "nie lubię myśleć, o tym co mam na talerzu, tylko lubię to jeść" no i wreszcie "ale ja nie lubię mieć świadomości", bo chyba udało mi się powiedzieć jakieś pół zdania z tym słowem, jako przewodnim. No i ja się dziwię, że ona nie może schudnąć. Jakoś tak mi się pomyślało, że nie ma czegoś takiego jak "nie mogę", jest tylko "nie chcę", a właściwie "nie chce mi się". Jest tylko "jestem za leniwa" i nie za leniwa na to, żeby ćwiczyć, tylko za leniwa, żeby się przez moment zastanowić nad sobą. Żeby znaleźć najbardziej odpowiedni sposób odchudzania dla siebie. Bo chyba najważniejszą rzeczą, którą trzeba mieć, żeby schudnąć, jest właśnie świadomość. Świadomość własnego ciała, własnych potrzeb (umiejętność odróżniania potrzeb od zachcianek), świadomość tego co jest na talerzu i co to z nami robi (z naszą psychiką i ciałem;)). Tak mi się zdaje. A jak się nauczymy być ze sobą uczciwe i nie traktować swojego organizmu jak wroga, to reszta pójdzie sama. Zjadłam dzisiaj:

Śniadanie (późne): 2 kanapki żytnie razowe z masłem, pasztetem z cieciorki, żółtym serem i ogórkiem małosolnym i popiłam to sokiem z grapefruita rozcieńczonym wodą z gazem (300 kcal)

2gie śniadanie: Activia naturalna z zarodkami i otrębami (178 kcal)

Deser: 2 gałki lodów miętowych (100 kcal, przepraszam dziewczynki, wiem, że to nie jest motywujące, ale jest lato i nie mam zamiaru odmawiać sobie lodów, zwłaszcza, że są bardzo niskokaloryczne i nie całkiem niezdrowe;))

Obiadokolacja: 1,5 naleśnika po chłopsku i 2 ogórki małosolne (460 kcal).

Razem 1038 kcal. Chyba się już oduczyłam jeść. Wychodzi na to, że zjem jeszcze kolację i popiję ją nawet małą lampką przecudnego chianti. Coś mi się zdaje, że na kolację zrobię pikantną sałatkę z grapefruita i sera bałkańskiego. Taką mam wizję. A ten kilogram zniknięty to był chyba jakiś widmowy:(. Może jeszcze spadnie.

Dodaj komentarz

Pikantne zapomnienie

4 czerwca 2010 , Komentarze (4)

Tak bardzo dzisiaj starałam się zjeść nie za mało kalorii, że chyba lekko przesadziłam:). Ale nie mam nawet najmniejszych wyrzutów sumienia... Zobaczcie same z resztą:):

Śniadanie: jogurt + otręby żytnie + zarodki pszenne + sezam (164 kcal)

2gie śniadanie: parówka, kromka chleba żytniego razowego  z masłem + cykoria i sałata polane jogurtem greckim + musztarda + podwójny magnez (bo mam od wczoraj jakieś potworne tiki praktycznie bez przerwy i też z tego powodu staram się nie jeść za mało 340 kcal)

Do kawy: 2 gałki lodów bez wafelka. Małe i pistacjowe (80 kcal).

Na zdrowie: jabłko i marchewka (jakieś 90 kcal).

Lunch (no nie wiem, w każdym razie przed obiadem): galaretka agrestowa + kanapka żytnia razowa z masłem, pasztetem z cieciorki i sałatą (205)

Obiad(okolacja): To jest wynik fuzji moich ostatnich toskańskich fascynacji spowodowanych książką Ferenca Mate i pociągu mojego mężczyzny do potwornie pikantnej tajskiej kuchni. Fettuccine (o zgrozo! 240 kcal, o ile zjadłam tyle ile mi się wydaje, że zjadłam) z bananowym curry z kurczakiem (oceniam na jakieś 330 kcal, ale przyznaję uczciwie, że nie policzyłam) + sałatka z jabłka i selera z imbirowym winegretem (70 kcal). No i chyba najlepsze białe wino, jakie ostatnio (albo i w ogóle) piłam. Na szczęście w porę się zorientowałam, że trochę przesadzam i nie wypiłam pół butelki, a jedynie 175 ml (137 kcal).

 

Razem 1656 kcal. Mogłam nie jeść tych głupich lodów chociaż, to by było ok. W sumie i tak jest ok. Mam nadzieję, że ten sos to tak z góry oszacowałam raczej niż z dołu. I chyba faktycznie i to jeszcze z dużym okładem. Może mi chociaż te tiki przejdą do jutra.

Dodaj komentarz