uff, jak to dobrze ze juz piatek

pierwszy tydzien uplynal nawet calkiem dobrze, bez wiekszych wpadek.. chociaz oczywiscie nie obylo sie bez drobnych grzeszkow..przez dwa tygodnie meczylam sie z grypa i w kocu czuje, ze wygralam ta bitwe

teraz moge wrezcie wziasc sie za rozruszanie "starych" kosci..oczywiscie po weekendzie, bo zawsze mam problem z podejmowaniem nowych (?) wyzwan na koniec tygodnia. dzisiaj weszlam na wage a tam niespodzianka!!!! 67 kilo !!!

wiem ze zasluguje ten wynik grypie ale w tym momencie nie ma to takiego wielkiego znaczenia, widze, ze cos sie dzieje wiec postaram sie tego nie zaprzepascic

, juz nawet ciesze sie ze, w poniedzialek wracam do pracy, co mi samej wydaje sie nieprawdopodne.. ale trzeba korzystac z mocy, ktore teraz we mnie drzemia i dzialac.. dzialac i jeszcze raz dzialac... pewnie az do nastepnego spadku mocy..
razem z dieta postanowilam wprowadzic kilka zmian w swoim zyciu i teraz nie mam innego wyjscia jak tylko kazda z nich doprowadzic do konca

.. tym razem czuje, ze wszystko musi sie udac.. no po prostu nie ma innego wyjscia
